<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802</id><updated>2012-02-16T11:43:55.053+01:00</updated><category term='Peru Boliwia'/><category term='Fauna'/><category term='Neighbours and Friends'/><category term='Ski'/><category term='Brazilian Spirit'/><category term='Holiday'/><category term='Technical info'/><category term='Buenos Aires'/><category term='W 20 dni dookoła Brazylii'/><category term='Sao Paulo'/><category term='Music'/><category term='Food'/><title type='text'>Funky Pumpkin</title><subtitle type='html'>Na krańcu świata...</subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>79</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-9109167980530675948</id><published>2007-05-22T23:05:00.000+02:00</published><updated>2007-05-22T23:08:02.909+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Holiday'/><title type='text'>Praha 2007</title><content type='html'>Na długi weekend majowy wyrwaliśmy się na 4 dni do Pragi. W zasadzie nic się nie działo, a o Pradze można by pisać latami. W zasadzie najlepiej by było obejrzeć o co chodzi...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;embed src="http://lads.myspace.com/videos/vplayer.swf" flashvars="m=2029157209&amp;type=video" type="application/x-shockwave-flash" height="386" width="480"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;..:: Praha 2007 ::..&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-9109167980530675948?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/9109167980530675948/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=9109167980530675948' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/9109167980530675948'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/9109167980530675948'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2007/05/praha-2007.html' title='Praha 2007'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-237253578609473858</id><published>2007-03-23T20:02:00.000+01:00</published><updated>2007-05-24T20:47:30.259+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Ski'/><title type='text'>Cavalese 2007 - droga do Arta Terme</title><content type='html'>Po spędzeniu upoj(o)nego tygodnia w Cavalese pojawiła się konieczność dotarcia do pracy. Nie musiałem opuszczać do tego celu Italii i nawet odległość nie wydawała się być przerażająca. W końcu oba miasteczko dzieli odległość raptem stukilkudziesięciu kilometrów. Podtrzymywany na duchu przez różnej maści doradców nie szukałem możliwości przetransportowania się z miejsca na miejsce, gdy byliśmy jeszcze w Polsce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na miejsce okazało się jednak, że sprawa wcale nie wygląda różowo. Nie bardzo udało mi się otrzymać pomoc z rąk osób podobno zaznajomionych ze zwyczajami tubylców. Plany bezproblemowej podróży zaczęły się sypać, pojawiły się narzekania i wspomnienia, jak to łatwo podróżować w Ameryce Łacińskiej, a w centrum Unii Europejskiej są takie problemy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W końcu postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce, podziękowałem niedoszłym pomocnikom i zacząłem się zastanawiać co tu zrobić. Wszelkie pomysły zabrania się z drugim autobusem gdzieś po drodze odpadły, no i nie wiedząc, co począć udałem się do informacji turystycznej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mimo sjesty miła Pani szybko sprawdziła co i jak. Otrzymałem pięknie wydrukowane możliwe połączenia wraz z prawdopodobnymi cenami. Wszystko jasno i przejrzyście. 13 godzin podróży, 5 przesiadek. Sporo jak na 100 ileś kilometrów. Ale nie było wyjścia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W sobotę rano obudziłem się przed szóstą, wziąłem swoje dwa plecaki i obie pary nart i poszedłem obudzić braci S. Na szczęście starszy S. wpadł do nas na kilka dni ze swojego stypendium na jednej z włoskich uczelni. Zgodził się bez żadnych ale podwieźć mnie na dworzec autobusowy. Jako, że obaj bracia byli ledwo ciepli po nocnej zabawie i cierpieli na widoczny syndrom dnia poprzedniego, usiadłem za kółkiem fiata uno i się odwiozłem jako kierowca na dworzec.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Już o siódmej wsiadłem do autobusu do Ory. Już na miejscu pierwsze zaskoczenie - kasy zamknięte. Postanowiłem nie poddawać się jednak na tym etapie drogi i po dłuższych studiach udało mi się zakupić bilet w stojącym w holu automacie. Mina mi zrzedła co prawda, gdy zamiast 13€ reszty dostałem jakiś kawałek papieru zapisany niestety całkowicie niezrozumiałym włoskim szlaczkiem. Postanowiłem się zająć tym w późniejszym czasie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Humor poprawiał mi bardzo stan dworca. Wszystko było czyściutkie i zgrzebne. No ale mała mieścina w górach, blisko turystów, musi być ładnie. Z niepokojem czekałem więc na pociąg. Zwłaszcza, że drugi etap podróży miałem przebyć koleją regionalną miejscowego PKP. A wszyscy wiemy jak wyglądają polskie osobówki z Suchej Beskidzkiej do Krakowa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Okazało się, że włoskie regionalki mają standard wyższy niż polskie InterCity. Czyste, świeże wygodne, żyć nie umierać. Podróż minęła szybko i bezboleśnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dworzec w Weronie przywitał mnie mżawką i sporym ruchem. Zarzuciłem klamoty na grzbiet i ruszyłem do holu zakupić bilety na dalszą podróż. Zdębiałem na widok tłumu kłębiącego się przy kasach. Do odjazdu pociągu zostawało około 20 minut, więc postanowiłem jeszcze raz zmierzyć się z automatami. W mieście Romeo&amp;amp;Julia Co. były one dużo bardziej skomplikowane niż w Orze, a zarazem dużo bardziej przyjazne użytkownikom. Kupiłem sobie od razu bilet na następny etap podróży.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cieszyłem się na myśl, że kolejne dwa soki odbędą się przy pomocy IC. Niby pociąg, pociągowi nierówny. Teoria ta jest słuszna, jednakże w Italii jest ona jakby postawiona do góy nogami. Te IC, którymi jechałem ledwo, ledwo można porównać do polskich pospiesznych. Brudno, gorąco, no i dziki tłum.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Włosi mają jeszcze bardzo ciekawe podejście do miejscówek. Gdy dopchałem się do swojego przedziału i pokazałem osobie zajmującej moje miejsce miejscówkę, spotkało mnie wzruszenie ramion. Wytłumaczono mi, że tu generalnie nikt nie robi sobie z miejscówek nic i większość pasażerów w ogóle ich nie kupuje. Co kraj, to obyczaj. I tak ze wszystkimi klamotami wygodniej mi było na korytarzu...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Wenecji przynajmniej nie musiałem zbyt długo czekać na IC do Udine. A dworzec był dość straszny. Taka lepsza Warszawa Wschodnia, z podobnym elementem kręcącym się tu i ówdzie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na szczęście IV etap podróży spędziłem samotnie. Byłem chyba jedynym pasażerem w wagonie. Na miejsce w Udine pozostało mi tylko zlokalizować dworzec autobusowy. Wysiadając z pociągu miałem głęboką nadzieję, że nie będę musiał latać przez pół miasta. Szczęściem musiałem przejść raptem kilkaset metrów. A i tak ciężar bagaży dał się we znaki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W ciągu 30 minut znalazłem się już w autobusie do Tolmezzo - ostatniego przystanku po drodze. Kierowca autobusu miał wszystkie stereotypowe cechy włoskiego użytkownika dróg. Łamał wszelkie możliwe przepisy za wyjątkiem ograniczenia prędkości do 130 na autostradzie. Pewnie dlatego, że bus miał blokadę na 103km/h. W czasie jazdy wyciągał przez pięć minut z zagraconego schowka wielkie na pół twarzy okulary przeciwsłoneczne. Nie wspomnę, że w trakcie tej czynności ze trzy razy krawężnik przytarliśmy i mało co nie skasowaliśmy takiego czerwoniutkiego fiacika. No i non-stop mamrotał po drodze "pochwały" pod adresem innych użytkowników drogi. Spośród wszystkich pochlebstw najczęściej pojawiało się coś w stylu "vaphancoulo". Pewnie znaczy to Ale Kozak!, czy coś w tym stylu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Tolmezzo opuściło mnie szczęście. Znalazłem się 7 kilometrów od celu podróży i spóźniłem się 8 minut na autobus do Arta Terme. Spędziłem upojne dwie godziny na dworcu, który był najwyraźniej miejscem spotkań miejscowych dresów. Musiałem jednak bardzo groźnie wyglądać ze swoją kanapką z serem, bo nikt mnie nie zaczepił.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na koniec 13-godzinnej podróży pan kierowca autobusu do Comeglians, zmienił trochę trasę w Arta Terme i mnie podwiózł prawie, że pod sam hotel. Taki miły akcent na zakończenie dnia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podsumowując nie taka podróż straszna jak ją diabeł malował przed wyruszeniem w drogę. I bardzo dobrze...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-237253578609473858?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/237253578609473858/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=237253578609473858' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/237253578609473858'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/237253578609473858'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2007/03/cavalese-2007-droga-do-arta-terme.html' title='Cavalese 2007 - droga do Arta Terme'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-2050017922780479993</id><published>2007-03-22T22:43:00.000+01:00</published><updated>2007-05-22T23:00:06.028+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Ski'/><title type='text'>Cavalese 2007</title><content type='html'>Zima 2007 minęła pod znakiem sesji składającej się z jednego (słownie 1-ego) egzaminu, który i tak uniemożliwił mi spędzenie dodatkowych dwóch tygodni w Alpach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak naprawdę zima zaczęła się 22 stycznia. Ambitne plany siedzenia w górach i oddawania się białemu szaleństwu poszły tam, gdzie i król piechotą chodzi... Na dobrą sprawę gdy pogoda umożliwiła pierwsze szusy po tej stronie równika to trzeba było zacząć chodzić na uczelnię. Na szczęście i tak dałem radę poświęcić odrobinkę czasu na upojne chwile z moimi kochanymi bliźniaczkami. Choć z roku na rok siostry von Fischer są coraz to dojrzalsze, to ciągle charakteryzują się nieodpartym pięknem, czarem no i co tu dużo nie mówić. Pociągające są strasznie...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tegoroczny sezon alpejski poświęcony został w całości Italii. Cavalese (sekcja narciarska SGH) oraz Arta Terme (Sport-Partner) zostały zaliczone jedno po drugim. Kluczowe wspomnienia: gigant na czarnej trasie, 13 godzin podróży włoskim transportem publicznym pomiędzy obiema miejscowościami (5 przesiadek!!), no i nocna zdobywanie miasta - szarża na krzesłach ze stołówki na municipio.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zobaczcie sami:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;embed src="http://lads.myspace.com/videos/vplayer.swf" flashvars="m=2029429059&amp;type=video" type="application/x-shockwave-flash" height="386" width="480"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;..:: Cavalese 2007 ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;No i na koniec AMPy w Zakopanem. V miejsce drużynowo ogólnie 18 indywidualnie, no i w kategorii akademie złoto drużynowo i brąz indywidualnie. To było coś...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-2050017922780479993?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/2050017922780479993/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=2050017922780479993' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/2050017922780479993'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/2050017922780479993'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2007/03/cavalese-2007.html' title='Cavalese 2007'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-9062024455548314939</id><published>2007-02-11T12:15:00.000+01:00</published><updated>2007-03-11T17:49:54.317+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='W 20 dni dookoła Brazylii'/><title type='text'>Recife &amp; Olinda</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp3.blogger.com/_rV4MqAjFJgs/RfQtbtzL_yI/AAAAAAAAABc/w7E6vWUpgYo/s1600-h/B141.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://bp3.blogger.com/_rV4MqAjFJgs/RfQtbtzL_yI/AAAAAAAAABc/w7E6vWUpgYo/s320/B141.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5040703837108436770" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Forre na ulicach Olindy ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp3.blogger.com/_rV4MqAjFJgs/RfQtLtzL_xI/AAAAAAAAABU/pubdk128lDg/s1600-h/a+%28140%29.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://bp3.blogger.com/_rV4MqAjFJgs/RfQtLtzL_xI/AAAAAAAAABU/pubdk128lDg/s320/a+%28140%29.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5040703562230529810" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Olinda w pełnej okazałości ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp2.blogger.com/_rV4MqAjFJgs/RfQs6dzL_wI/AAAAAAAAABM/yCvSirJv_io/s1600-h/a+%28141%29.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://bp2.blogger.com/_rV4MqAjFJgs/RfQs6dzL_wI/AAAAAAAAABM/yCvSirJv_io/s320/a+%28141%29.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5040703265877786370" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Plaża w Recife ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp3.blogger.com/_rV4MqAjFJgs/RfQyCtzL_zI/AAAAAAAAABk/KhUi6_Gug0c/s1600-h/B142.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://bp3.blogger.com/_rV4MqAjFJgs/RfQyCtzL_zI/AAAAAAAAABk/KhUi6_Gug0c/s320/B142.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5040708905169846066" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Piękną wiosnę mieliśmy w listopadzie ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-9062024455548314939?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/9062024455548314939/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=9062024455548314939' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/9062024455548314939'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/9062024455548314939'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2007/02/recife-olinda.html' title='Recife &amp; Olinda'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://bp3.blogger.com/_rV4MqAjFJgs/RfQtbtzL_yI/AAAAAAAAABc/w7E6vWUpgYo/s72-c/B141.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-5905322901073763562</id><published>2007-01-31T12:00:00.000+01:00</published><updated>2007-03-11T12:16:53.190+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='W 20 dni dookoła Brazylii'/><title type='text'>Amazonia</title><content type='html'>Pisałem tego posta 3 razy... za każdym razem, gdy byłem już na końcu kasowała mi się cała treść. A zawsze długi był. Bardzo mnie to zniechęciło do pisania. Bardzo. Zważywszy jeszcze na fakt, że w jesiennej scenerii polskiej zimy ciężko mi było wprowadzić się w duszny, wilgotny i gorący klimat brazylijskiej dżungli. Postanowiłem więc zakończyć dzieło umieszczając tylko zdjęcia...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp3.blogger.com/_rV4MqAjFJgs/RfPez9zL_oI/AAAAAAAAAAM/DHI7FMSQvS4/s1600-h/a+%28131%29.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://bp3.blogger.com/_rV4MqAjFJgs/RfPez9zL_oI/AAAAAAAAAAM/DHI7FMSQvS4/s320/a+%28131%29.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5040617392301670018" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Amazonka pod koniec pory suchej, z niebieską płachtą nasz środek lokomocji ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp1.blogger.com/_rV4MqAjFJgs/RfPfWdzL_pI/AAAAAAAAAAU/5K1ZvIglaoQ/s1600-h/a+%28132%29.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://bp1.blogger.com/_rV4MqAjFJgs/RfPfWdzL_pI/AAAAAAAAAAU/5K1ZvIglaoQ/s320/a+%28132%29.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5040617985007156882" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Zaślubiny wód, Rio Negro łączy się z Solimoes dając początek Amazonce ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp3.blogger.com/_rV4MqAjFJgs/RfPgZ9zL_qI/AAAAAAAAAAc/qfwYJmnVMxE/s1600-h/a+%28134%29.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://bp3.blogger.com/_rV4MqAjFJgs/RfPgZ9zL_qI/AAAAAAAAAAc/qfwYJmnVMxE/s320/a+%28134%29.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5040619144648326818" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Pousada Amazonia, tam mieszkaliśmy ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp0.blogger.com/_rV4MqAjFJgs/RfPiuNzL_rI/AAAAAAAAAAk/c0oxxGjJNdg/s1600-h/a+%28135%29.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://bp0.blogger.com/_rV4MqAjFJgs/RfPiuNzL_rI/AAAAAAAAAAk/c0oxxGjJNdg/s320/a+%28135%29.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5040621691563933362" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Mrówki halucynki, Indianie używają ich jadu do wprowadzania się w trans ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp2.blogger.com/_rV4MqAjFJgs/RfPjNtzL_sI/AAAAAAAAAAs/2pXGuUDZoPI/s1600-h/a+%28137%29.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://bp2.blogger.com/_rV4MqAjFJgs/RfPjNtzL_sI/AAAAAAAAAAs/2pXGuUDZoPI/s320/a+%28137%29.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5040622232729812674" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Pirania. Trzy złowiłem... :) ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp0.blogger.com/_rV4MqAjFJgs/RfPkeNzL_tI/AAAAAAAAAA0/PQNCsv-Vun0/s1600-h/a+%28138%29.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://bp0.blogger.com/_rV4MqAjFJgs/RfPkeNzL_tI/AAAAAAAAAA0/PQNCsv-Vun0/s320/a+%28138%29.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5040623615709282002" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Kąpiel w Amazonce ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-5905322901073763562?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/5905322901073763562/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=5905322901073763562' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/5905322901073763562'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/5905322901073763562'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2007/01/amazonia.html' title='Amazonia'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://bp3.blogger.com/_rV4MqAjFJgs/RfPez9zL_oI/AAAAAAAAAAM/DHI7FMSQvS4/s72-c/a+%28131%29.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-116700794503068715</id><published>2006-12-24T14:13:00.000+01:00</published><updated>2006-12-29T18:10:07.476+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='W 20 dni dookoła Brazylii'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Fauna'/><title type='text'>Fauna 3</title><content type='html'>Podczas 14 dni, w trakcie których objechaliśmy Brazylię dookoła, mieliśmy okazję zapoznać się bliżej z innymi przedstawicielami fauny niż Ci, do których przyzwyczaiło nas Sao Paulo. Okazało się, że kraj jest bardzo, ale to bardzo wręcz bogaty w różne rodzaje zwierzątek. Niektóre były śmieszne, inne dziwne, jeszcze inne piękne, czasem niebezpieczne, ale zawsze fascynujące. Ja wiem, że nie brzmi to przekonująco z ust człowieka, który potrafił napisać kilkadziesiąte linijek tekstu o zwykłym karaluchy, no ale przekonajcie się sami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/694050/a%20%28121%29.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/193800/a%20%28121%29.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Motyle ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Rezerwat w Foz du Iguacu był rajem dla motyli. W życiu nie zobaczę już chyba takiej ilości tych skrzydlatych stworzonek, co w ciągu jednego popołudnia w rezerwacie po stronie argentyńskiej. Przy każdej kałuży gromadziła się grupa wielobarwnych fruwaczy, która wyczyniała różne sprośne rzeczy w tych ostojach wody po porze suchej. Czasem aż wstyd było patrzeć w to kotłujące się kłeby żółci, błekitu i czerwieni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/587851/a%20%28123%29.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/882218/a%20%28123%29.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Coś w trawie ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;W zwrotnikowych lasach przy wodospadach były to niezwykle popularne stworzenia. Metrowej długości jaszczury, aż prosiły się by je nazwać waranami z Komodo. Szkoda tylko, że nie byliśmy na Komodo. A skojarzenie to tak mocno się mnie przyczepiło, że nie byłem w stanie myśleć o tych gadach inaczej...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/827382/a%20%28125%29.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/367072/a%20%28125%29.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Ostronos... ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;...czyli skrzyżowanie skunksa, łasicy, szczura i śmieciarki. Dzięki temu sympatycznie wyglądającemu zwierzątku poznałem głębsze znaczenie słowa: "wszystkożerny". Stworzenia te są prawdziwym "utrapieniem" wodospadów w Foz. Wychodzą na szlaki, podchodzą pod restauracyjki i żebrzą o jedzenie, albo przewracają śmietniki. Ponieważ w ogóle nie boją się ludzi, podchodzą bardzo blisko i czasem się zdarza, że wyrwą zdezorientowanemu turyście kanapkę albo zabiorą dziecku cukierki. W razie czego nie pogardzą foliową torebką, która choć trochę pachnie jedzeniem...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/170777/a%20%28126%29.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/773027/a%20%28126%29.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Tarantula ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Na szczęście mieliśmy z nimi do czynienia tylko dwa razy. Za pierwszym siedziała sobie na środku szlaku w rezerwacie przy wodospadach. Za drugim ni z tego, ni z owego pojawiła się w jadalni w naszej osadzie w Amazoni. Siedziała sobie na wentylatorze, co spowodowało, że miejsce pod nim błyskawicznie opustoszało. Pozostał tylko pan Waldek, który ze stoickim spokojem siedział i co trzy kęsy zerkał do góry czy pająk wciąż tam siedzi. No ale pan Waldek to była ostoja cierpliwości, spokoju i ciszy. W ciągu całej wycieczki słyszałem go tylko raz...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/86627/a%20%28127%29.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/492373/a%20%28127%29.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Ary ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Generalnie papugi mogliśmy na każdym kroku spotkać. Niebieskie, zielone, czerwone, full serwis. Do wyboru, do koloru. W zasadzie to wszystkie papugi to typowe Brazylijki. Wszędzie pióra, głośno skrzeczą i uwielbiają słodycze. Nic dodać nic ująć...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/236219/a%20%28128%29.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/221089/a%20%28128%29.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Tukan ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;To zdecydowanie mój faworyt. Zwierzę, które najbardziej mi się w Brazylii podobało. Jest śliczne i fascynujące. Po dłuższym namyśle doszedłem do wniosku, że zrobił na mnie takie wrażenie, bo jest trochę podobny do mnie: jest śliczny, się ceni (rany, ile sie trzeba było namęczyć by mu zdjęcie zrobić), zdecydowanie jest próżny, zdecydowanie woli sfruwać do kobiet niż mężczyzn, lubi sobie podjeść, etc.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/203386/a%20%28129%29.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/931489/a%20%28129%29.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Koliber ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Długi czas polowałem na to zdjęcie. Kolibry bardziej przypominają ważki niż ptaki. Są nie dłuższe niż palec, a skrzydełkami machają tak szybko, że słychać tylko cichy warkot. A aparat nie był w stanie uchwycić ptaszka w zawieszeniu. No i oczywiście śmigają dookoła z prędkością strzały. Najbardziej się bałem, że oko stracę, jak mnie jakiś nie zauważy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/783773/a%20%28130%29.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/254297/a%20%28130%29.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: A takie ryby m.in. żyją w Amazonce ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;I inne też. Aż nie mogę uwierzyć, że się w niej kąpałem...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/129386/a%20%28133%29.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/668756/a%20%28133%29.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Kajman ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;One też żyją w Amazonce. Ten tu akurat jest stosunkowo małym osobnikiem. Ponieważ pokazali go już pierwszego dnia, to gdy następnego łódź osiadła na mieliźnie jakoś nikt się nie kwapił by wyjść i popchać. Niesamowite wrażenie sprawiają oczy kajmanów w noc. Gdy płynie się łodką i oświetla latarką, czy też reflektorem brzegi, to tuż nad lustrem wody widać dziesiątki świecących punktów. A wszystko wokół jest takie spokojne...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/407329/a%20%28136%29.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/276911/a%20%28136%29.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Gąsienica ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Nie każcie mi tego opisywać. Wystarczy, że musiałem to oglądać...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/349035/a%20%28139%29.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/689802/a%20%28139%29.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Kot z Olindy ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;W zasadzie nie ma w nim nic niezwykłego poza tym, że jest to kot. A jak wiadomo koty same w sobie są niezwykłe. No i zdjęcie jest ładne...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-116700794503068715?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/116700794503068715/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=116700794503068715' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116700794503068715'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116700794503068715'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/12/fauna-3.html' title='Fauna 3'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-116697373315869480</id><published>2006-12-24T13:22:00.000+01:00</published><updated>2006-12-25T01:54:53.053+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='W 20 dni dookoła Brazylii'/><title type='text'>Foz do Iguaçu</title><content type='html'>Foz do Iguaçu to brazylijskie miasto na granicy Brazylii, Argentyny i Paragwaju. Otoczone jest pięknym zwrotnikowym lasem. Na odgraniczącej Brazylię od Argentyny rzece Iguaçu znajdują się przepiękne wodospady, jedne z największych na świecie. 20 km wyżej w górę rzeki jest zapora Itaipu (wg Brazylijczyków największa na świecie, Chińczycy o swojej Zaporze Trzech Przełomów mówią to samo).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/859689/a%20%28119%29.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/654597/a%20%28119%29.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Wodospady Iguaçu ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;Żeby było krótko. W Foz do Iguaçu wszystko jest największe. Przylecieliśmy na lotnisko z największą łajzą spośród brazylisjkich pilotów (w końcu pracownik największego syfu spośród miejscowych linii - TAMu, Varig bije wszechrekordy i nie jest uwzględniany w tej klasyfikacji), od razu przjechaliśmy się na lądowisko śmigłowców, skąd największy kozak wśród pilotów zabrał nas nad wodospady (jego dziadek latał śmigłowcem M.A.S.H. w Korei, ojciec z pewnością pilotował jakąś Cobrę w Wietnamie, a brat latał helikopterem w pustynnej burzy. Jako, że jemu samemu zabrakło wojen, to bawił się lotami koszącymi nad dżunglą przy akompaniamencie pisków przerażonych turystów). Po przygodzie zabrano nas do największego hotelu w Brazylii, a na pewno najbardziej rozległego. Z 10 minut szliśmy od recepcji do pokoju kilometrami korytarzy w tej pseudo-hacjendzie. Tam też przyszło mi zapłacić najwięcej w życiu za internet. Cóż...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/544223/a%20%28122%29.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/913564/a%20%28122%29.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: 82 metry w dół... ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Następnego dnia pojechaliśmy zobaczyć "największą" zaporę świata. Przedtem jednak zabrali nas do kina byśmy mogli zobaczyć dokument o powstawaniu tej monumentalnej budowli na Itaipu. Był to największy film propgandowy jaki widziałem w życiu. Polskie socjalistyczny kroniki filmowe wyglądały przy tym jakby były kręcone w przedszkolu. Przestałem wierzyć, że Goebbels popełnił samobójstwo. Na pewno wszystko sfingował i uciekł do Brazylii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nasz pobyt w Foz był bardzo, ale to bardzo intensywny. Wodospady ze strony brazylisjkiej, wodospady ze strony argentyńskiej, wodospady z helikoptera, wodospady z łódki, wodospady z boku, ba! nawet wodospady spod wodospadu. Przewieźli nas taką specjalną łódeczką pod spadający strumień i zamoczyli, albo raczej przemoczyli kompletnie, ze trzy razy. Ale było fajnie :D! Nawet skozrystaliśmy z okazji i zobaczyliśmy kawałek zwrotnikowej dżungli. Od środka... Wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że nie nadawałbym się na buszmena.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/656481/a%20%28124%29.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/589841/a%20%28124%29.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Wodospady z dżungli strony ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Oprócz oglądania różnych zwierzątek na wolności i w licznych rezerwatach, bawieniu się helikopterem w Rambo, podziwiania z każdej możliwej perspektywy przelewające się wody rzeki Iguaçu wraz z tymi wszystkimi atrakcjami dostaliśmy w pakiecie 2-godzinną wycieczkę do Paragwaju. Wjechaliśmy, pozakupowaliśmy i pojechaliśmy. W Ameryce Południowej dużo rzeczy produkowanych jest w fabrykach w Paragwaju i Urugwaju. Swoje manufaktury ma tam sporo markowych firm odzieżowych, czy też elektornicznych. W związku z tym przygraniczne Ciudad del Este (dawniej Puerto Presidente Stroessner :&gt;) jest jednym wielkim punktem handlowym. Sprawia niesamowite wrażenie. Tłumy Brazylijczyków przyjeżdżają obłowić się w rzeczy 2,3-krotnie tańsze niż w ich kraju. Ceny są również o jakieś 50% niższe niż w Europie. W związku z tym całe miasto zastawione jest bazarami, na których można kupić wszystko. Poza tym liczba sklepów oferujących markowe cicuchy, czy też sieciowych punktów sprzedaży luksusowych produktów jest na pewno większa niż w Warszawie. Niestety wszystko co mi pozostało z tej wyprawy do Paragwaju (poza zakupami :P) to ta pamiątkowa fotografia:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/229806/a%20%28120%29.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/520068/a%20%28120%29.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-116697373315869480?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/116697373315869480/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=116697373315869480' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116697373315869480'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116697373315869480'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/12/foz-do-iguau.html' title='Foz do Iguaçu'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-116683518341324962</id><published>2006-12-23T01:13:00.000+01:00</published><updated>2006-12-23T01:53:03.686+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='W 20 dni dookoła Brazylii'/><title type='text'>Rio de Janeiro</title><content type='html'>Na początek mieliśmy dołączyć do grupy w Rio de Janeiro. Szczęściem okazało się, że inni uczestnicy wycieczki mieli przylecieć do Sao trochę wcześniej, więc mogli nam dostarczyć bilety na samolot do Rio i wszystkie późniejsze przeloty. Byliśmy umówieni z nimi rankiem w hotelu. Na piątą... W związku z tym już o czwartej pojechali na lotnisko. Udało nam się ich znaleźć na 25 minut przed odlotem. Wszystko miało być tak pięknie. Po miesiącu tułania się po Ameryce Płd. na własną rękę wreszcie ktoś miał zacząć za nas myśleć, a tu jeszcze pojawiły się jakieś dodatkowe problemy do rozwiązania. Fantastyczny początek...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przy okazji poszukiwań w Sao Paulo państwa U. (a nie było to proste) dowiedzieliśmy się paru interesujących szczegółów o sposobie działania brazylijskich lotnisk:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Informacja nie posługuje się językiem angielskim;&lt;br /&gt;- Informacja nie posługuje się żadnym językiem oprócz portugalskiego;&lt;br /&gt;- Informacja nie udziela żadnych informacji;&lt;br /&gt;- Generalnie celem informacji jest gromadzenie problemów turystów, spisywanie ich i wydawanie w postaci książkowej w ramach harlequinowej serii: "Przygody klauna mordercy: lotniskowe horrory";&lt;br /&gt;- W przypadku zgubienia biletu muszę kupić nowy bilet. Nie ma znaczenia fakt, że linia lotnicza posiada mnie w systemie, wiedzą, że mam wykupiony dany lot i jestem w stanie udowodnić, że ja to ja. Bez tego świstka nic nie mogą zrobić.&lt;br /&gt;- Brazylijscy taksówkarze, gdy zgubią drogę uśmiechają się radośnie i mówią Ci prawdę prosto w oczy. Nawet jeśli prawda jest związana z dopłatą 50% za kurs. Ja się zastanawiam, dlaczego oni ciągle nie gubią drogi.&lt;br /&gt;- Siadanie w samolocie obok kogoś, kto wcześniej biegał kilkadziesiąt minut po lotnisku w temperaturze 30 stopni przy sporej wilgotności powietrza, nie jest miłym doświadczeniem (to spostrzeżenie Agi, ja tam nie wiem o co chodzi...)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/102301/a%20%28109%29.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/964696/a%20%28109%29.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Rio de Janeiro z Głowy Cukru ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Szczęściem udało nam się dostać na pokład i dostaliśmy wszystkie, wszyściutkie bilety. Bez większego opóźnienia dotarliśmy do Rio de Janeiro. Zawieźli nas do hotelu (jak to fajnie nie musieć troszczyć się o transport). Na miejscu okazało się, że przyjechaliśmy przed wycieczką, ale dostaliśmy pokój, więc mogliśmy się doprowadzić do porządku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/385453/a%20%28110%29.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/395607/a%20%28110%29.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Rio de Janeiro z Corcovado ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Szczerze?? Pierwsze wrażenie jakie Rio na mnie zrobiło było fatalne. Wyglądało dokładnie tak jak Sao Paulo. Gdyby nie to, że w drodze z lotniska co chwila przejeżdżaliśmy obok jakiejś plaży, to mógłbym przysiąc, że to miasta-bliźniaki. Ta sama klockowata architektura, ten sam brak dbałości o szczegóły, ten sam syf. Jeśli nawet nie gorszy. Hotel wyglądał jak nieudolna kopia naszego apartamentowca przy Rua Plinio Barreto. W środku co prawda był dość porządny, ale do tego co zdarzyło nam się trafiać w Peru i Boliwii (i to zdecydowanie taniej!!) to aż się serce ściskało. W porównaniu to nawet Ibis z Buenos sprawiał wrażenie bez mała Ritza. Obrazu nędzy i rozpaczy dopełniała grupka żebraków i kalek śpiących dosłownie na progu wejścia do naszego miejsca zamieszkania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/388897/a%20%28114%29.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/666803/a%20%28114%29.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Copacabana by night ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Nawet Copacabana, przez niektórych zwana "Niezrównaną", lub najpiękniejszą plażą świata jakaś taka mała była. I te bloki zaraz przy morzu. W sumie byliśmy już przyzwyczajeni do rozczarowań, jakie oferuje Brazylia, ale żal było patrzeć na innych wycieczkowiczów, którzy przyjechali do tego raju na ziemi, a zobaczyli... no... to co zobaczyli.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/441601/a%20%28108%29.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/83902/a%20%28108%29.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Kolejka linowa na Głowę Cukru ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Gdy już grupa dotarła mieliśmy dzień na aklimatyzację. Poszlajaliśmy się trochę, poopalaliśmy, staraliśmy się uchronić rodziców od nieuchronnej depresji spowodowanej zastaną rzeczywistością, tak różną od wcześniejszych wyobrażeń. Było ciężko. Ale na szczęście na Copacabanie był odpływ i plaża zwiększyła się o jakieś 100% i zaczęła sprawiać nawet imponujące wrażenie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A następnego dnia pojechaliśmy zwiedzać miasto. I okazało się, że Brazylia może być zupełnie różna od tego, co do tej pory poznaliśmy. Nasz przewodnik Marcelo, rodowity &lt;span style="font-style: italic;"&gt;carioca&lt;/span&gt; okazał się być bardzo sympatyczny. Jak na autochtona i mieszkańca Rio dało się zrozumieć jego szyderczy stosunek do mieszkańców Sao Paulo, ale co dziwne posiadał też ogromny dystans do siebie i swojego narodu. Przecierałem oczy ze zdumienia, gdy opowiedział nam dowcip:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Zaraz po stworzeniu świata jeden z aniołów podszedł do Boga i zapytał:&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;- Boże, popatrz na świat, który stworzyłeś. Jaka ta Brazylia jest piękna, jaki to wspaniały kraj, posiada zasoby naturalne, piękne krajobrazy, cudowny klimat. Nie uważasz, że to nieuczciwe wobec reszty Twojego dzieła?&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;- Spokojnie. Dam tu taki naród, co wszystko spier*oli...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/849157/a%20%28116%29.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/249181/a%20%28116%29.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Maracana z maciupcim Chrystusem z Corcovado w tle :) ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Wtedy też okazało się, że Brazylia może być piękna. I miasta też mogą być piękne. Wjechaliśmy na Głowę Cukru kolejką, na dachu której James Bond obił kiedyś paru cwaniaczków. Co prawda było to w czasach, kiedy Bond wpierw pytał trzy razy, a dopiero potem dawał w mordę, a nie na odwrót jak teraz, no ale filmowa historia dodawała miejscu pewnej takiej pikanterii. Ze szczytu góry wyrastającej prosto z morza okazało się, że brazylijskie miasta są piękne. Trzeba tylko odsunąć się od nich wystarczająco daleko by brak szczegółów nie był widoczny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/855940/a%20%28112%29.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/85613/a%20%28112%29.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Chrystus z Corcovado (w okularach) ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Podobnie rzecz się miała, gdy wjechaliśmy z pięcioma milionami innych turystów na górę Corcovado, gdzie stoi 40 metrowa, największa na świecie (wg Brazylijczyków przynajmniej) figura Chrystusa. Christo Redemptor stojąc z rozłożonymi rękami 700m n.p.m. patrz w dół na zatokę Rio i podziwia 33 plaże, a także sterczące wprost z morza, rozliczne, zalesione wyspy i miasto upchnięte pomiędzy wzgórzami, do których niczym mech do drzewa przyklejone są fawele. Widok zapierający dech w piersi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przez dwa dni jeździliśmy po Rio poznając uroki sambodromu, starego miasta, Maracany. Mieliśmy okazję zobaczyć od wewnątrz fawelę. Mam wrażenie, że większą atrakcją byliśmy my dla mieszkańców dzielnicy nędzy. Fawela, którą mieliśmy okazję zobaczyć, była jedną z bogatszych w mieście. Choć wszystkie domy były typowymi odrapanymi ruderami i wyglądały jak klasyczna samowolka budowlana, to przeciskając się wąskimi uliczkami mieliśmy liczne okazję zajrzeć do środka i zobaczyć podłogi wyłożone parkietem i kikudziesięciocalowe plazmy na ścianach. Prawdą jest, że człowiek zżywa się z fawelą, tam się rodzi, żyje i umiera. Niezależnie od tego, czy uda mu się dorobić, czy nie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/302558/a%20%28113%29.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/957444/a%20%28113%29.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Fawela Rossinha ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Było parę rzeczy, które szczególnie zapamietam z Rio:&lt;br /&gt;- Gdy mówią Ci, że duża pizza jest na 4 osoby, to lepiej im wierzyć. Inaczej będzie się zamówienie przez 2 dni jadło.&lt;br /&gt;- 90/60/90 to idealne wymiary do noszenia bikini ze stringami. Nawet jeśli oznaczają kolejne kilogramy/lata/liczbę włosów na głowie.&lt;br /&gt;- Katedra w Rio jest jedną z najpiękniejszych katedr na świecie. Choć z zewnątrz wygląda jak piramida z fasadą Skarbka z katowickiego rynku, to w środku jest fascynująca. Cztery ogromne witraże ciągną się od ziemi aż po sam sufit, a setki dziur w ścianach usprawniają wentylację tak bardzo, że choć na zewnątrz jest 40 stopni w środku temperatura ledwo przekracza 20.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/650331/a%20%28115%29.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/216607/a%20%28115%29.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Św. Franciszek z katedry w Rio + mama :P ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No i pozostał jeszcze wieczór samby. Poszliśmy do takiego "teatru", choć bardziej przypominał on saloon rodem z Dzikiego Zachodu, gdzie trupa artystyczna tańcząc sambę pokazała całą brazylijską historię. Show był niezwykle interaktywny. Po tańcach konferansjer zapraszał turystów różnych narodowości na scenę by odśpiewali piosenki pochodzące ze swoich krajów. Potem zaprezentowane stroje, które zostały wyróżnione podczas karnawału 2006, a na koniec zaczęła się impreza. Skąpo ubrane tancerki ruszyły w publiczność wyciągając widzów na parkiet. Wtedy to pierwszy raz tego dnia Aga mnie mocno przytuliła... Niestety nie trwało to długo. Na skutek pewnych zewnetrznych czynników musiała mnie puścić. Sytuację momentalnie wykorzystała najbardziej piersiasta tancerka by mnie wyciągnąć na parkiet. Pobyt w Rio zakończył się niczym w filmach - sambą ze skąpa odzianą brazylijską tancerką. :P&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-116683518341324962?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/116683518341324962/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=116683518341324962' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116683518341324962'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116683518341324962'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/12/rio-de-janeiro.html' title='Rio de Janeiro'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-116637432324929459</id><published>2006-12-17T16:36:00.000+01:00</published><updated>2006-12-17T17:52:04.706+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='W 20 dni dookoła Brazylii'/><title type='text'>Ciągle w podróży...</title><content type='html'>Nie minęły dwa dni, gdy opuściliśmy nasze mieszkanie w Sao Paulo, do którego zdążyliśmy się tak przyzwyczaić, że już nas nie bolało nazywanie go "domem". Przesiedzieliśmy w nim akurat tyle by zdążyć się wyprać i porozmawiać z sąsiadami. A i tak nie wszystkich udało się złapać, a część ubrań musiałem potraktować suszarką w nocy przed wyjazdem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Udało nam się dołączyć do polskiej wycieczki po Brazylii. Przypadkowym zbiegiem okoliczności (naprawdę!) nasi rodzice pojechali na tę wycieczkę. Co prawda podróż do Brazylii mieli w planach, ale zamawiali sobie zupełnie wszystko w kompletnie innych biurach i korzystając z różnych ofert. Brazylii jednak nikt nie chciał zwiedzać, nie było chętnych i 4 wycieczki złączono w jedną i sobie pojechaliśmy wszyscy razem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Efekt końcowy był całkiem niezły. Wszyscy się bawili bardzo dobrze, a rodzice tak się zakolegowali, że w zasadzie od trzeciego dnia już im byliśmy prawieże do niczego niepotrzebni. W każdym bądź razie okazało się, że Brazylia nie różni się jakoś specjalnie od Sao Paulo, ale mimo tego jest radosna i wszędzie unosi się taki specyficzny duch... Choć lekkoduch jest lepszym słowem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/570254/a%20%28117%29.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/875325/a%20%28117%29.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: ...a cały kraj się rusza w rytmie samby ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-116637432324929459?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/116637432324929459/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=116637432324929459' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116637432324929459'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116637432324929459'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/12/cigle-w-podry.html' title='Ciągle w podróży...'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-116614622321039828</id><published>2006-12-15T02:24:00.000+01:00</published><updated>2006-12-15T02:30:24.040+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Buenos Aires'/><title type='text'>Buenos Aires - z lotu ptaka</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/882134/B105.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/782731/B105.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Buenos Aires by night ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-116614622321039828?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/116614622321039828/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=116614622321039828' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116614622321039828'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116614622321039828'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/12/buenos-aires-z-lotu-ptaka.html' title='Buenos Aires - z lotu ptaka'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-116614585568721746</id><published>2006-12-15T02:02:00.000+01:00</published><updated>2006-12-15T23:19:09.936+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Buenos Aires'/><title type='text'>Buenos Aires - dusza</title><content type='html'>Każde miasto ma swoją duszę. Charakter jednych uderza gości kilka sekund po przekroczeniu miejskich rogatek, w innych trzeba go szukać godzinami wędrując po ulicach i zaglądając we wszystki zakamarki, inne jeszcze nigdy nie dają go naprawdę poznać. Dusza pewnych miast jest piękna i wyjątkowa. Inne mają ją szarą i pospolitą. Buenos Aires jest subtelne, choć bardzo wyraziste. Należy je kosztować powoli, by nie zgubić żadnej, najmniejszej nawet nutki smaku poszczególnej dzielnicy. Bo części Buenos bardzo się od siebie różnią.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/882051/B96.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/985978/B96.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Koty na cmentarzu Recoleta ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Jest jednak pewna cecha wspólna wszystkich dzielnic - koty. Buenos Aires jest zdecydowanie miastem kotów. Znaleźć je można wszędzie. Wałęsają się dystyngowanymi ulicami Recolety, jak i wąskimi zaułkami Congresso. Zobaczyć je można na odnowiony nabrzeżach Puerto Madero jak i w artystycznym San Telmo lub zielonym Palermo. Dzięki nim zacierają się różnice pomiędzy poszczególnymi dzielnicami. Pomimo tego, że znajdujemy się w dokach, gdzie stare magazyny zostały odremontowane i przerobione na puby, restauracje, dobre sklepy i galerie sztuki doskonale zdajemy sobie sprawę że to to samo miasto, co San Telmo, co niedziela zmieniającym sie w jeden wielki targ staroci, i które zawsze należało do miejscowej bohemy i w patio starych domów można znaleźć sklepy z pięknymi unikatami. Tu i tu można spotkać rudego dachowca z naderwanym uchem, który popatrzy na ciebie kocim spojrzeniem, miauknie szczerząc ostre kiełki i ruszy swoimi kocimi ścieżkami by następnego dnia przyglądać się w Retiro temu samemu ulicznemu pokazowi tanga co ty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/409011/B98.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/188841/B98.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Stary dom w San Telmo ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Tak... Nad Buenos Aires zdecydowanie unosi się koci duch. Myślę, że widać go we wszystkim. W pięknych budowlach, ruchach tancerzy podczas ulicznego tango show, krokach przepięknych Argentynek dumnie spacerujących ulicami, w spojrzeniach ostrzyżonych na Maradonę mężczyzn obserwujących je łakomie i w trasach turystów, z których każdy zwiedza miasto innym sposobem, swoją kocią ścieżką, a i tak jest zawsze zadowolony z tego, co zobaczył...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-116614585568721746?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/116614585568721746/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=116614585568721746' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116614585568721746'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116614585568721746'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/12/buenos-aires-dusza.html' title='Buenos Aires - dusza'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-116614339103147527</id><published>2006-12-15T01:08:00.000+01:00</published><updated>2006-12-15T02:38:12.443+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Buenos Aires'/><title type='text'>Buenos Aires - Recoleta</title><content type='html'>Są miejsca, których nigdy w życiu się nie zapomina. Człowiek czuje się tam wspaniale. Jest tak szczęśliwy, że próbuje je odczuć każdą częścią swojego ciała. Wdycha powietrze pełną piersią, obserwuje uważnie otoczenie, starając się dostrzec każdy najmniej detal, który tylko może powiększyć jego przyjemność, przysłuchuje się życiu tętniącemu dookoła i idąc delikatnie muska końcami palców murki, ściany, podnosi kamyki i stara się zapamiętać odczucie, które mu będzie towarzyszyło przez całe życie i przypominało. Jest to miejsce, które powraca potem w snach jako tło przyjemnych, albo ważnych zdarzeń. Zostaje na zawsze wyryte w świadomości i podświadomości na ścianie z napisem: Niezapomniane. Takimi miejscami są m.in. Machu Picchu, florencka katedra, dolina Pitztalu i... Recoleta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/486329/B101.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/689144/B101.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: U nas była wystawa kolorowych krów... W Recolecie są serca ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Recoleta jest piękna i bogata. Przy chodnikach wyłożonych czerwonymi dywanami znajdują się stare kamienice, w których swoje lokale mają producenci luksusowych marek. W wąskich, stylowych uliczkach znaleźć można najlepsze kawiarenki i restauracje w mieście. Z okien budynków wyglądają mieszkańcy kilkugwiazdkowych hoteli, które poznać można jedynie po dyskretnych szyldach. Dostojność i klasa tego miejsca powoduje, że zwykły szary człowiek czuje się całkowicie nie na miejscu. No i jest jeszcze cmentarz...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/179489/B97.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/336379/B97.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Cmentarz Recoleta ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Cmentarz Recoleta do złudzenia przypomina paryski Pere Lachaise. Zamiast grobów wszędzie znajdują się kapliczki. Można się przejść brukowanymi alejkami pomiędzy grobowcami znanych Argentyńczyków. To tu pochowana jest Evita Peron, a także bohaterowie argentyńskiej wojny o niepodległość. Stare, klasyczne kaplice ozdobione aniołami i świętymi sąsiadują z gotyckimi, strzeżonymi przez gargulce grobowcami. Tu i ówdzie można sprawne oko znajdzie różnego rodzaju symbole wielu religii świata, a wytrawni zwiedzający znajdą miejsce pochówku lokalnego członka wolnomularstwa (nie każdego w końcu chowają w piramidzie). Stare kaplice nie ustępują miejsca nowym. Zostają na pamiątkę starych czasów. Obok nowiutkich, zatrzaśniętych na szyfrowy zamek i przeszklonych grobowców, stoją stare, zmurszałe, z wyłamanymi drzwiami, przez które można dostrzeć trumny stojące na półkach, które schodzą w głąb ziemi sięgając kilku metrów poniżej gruntu. Niektóre osunęły się w dół i leżą popękane gdzieś tam na dnie grobowca, inne tylko opadły i przekrzywione stanowią namacalne świadectwo krótkotrwałości pamięci. Jest to miejsce, gdzie rzeczy ulotne stają się najbardziej widoczne, a cuda i zmyślenia zaczynają się wydawać bardziej rzeczywiste. I choć może być to odrobinę przygnębiające, a na pewno skłaniające do refleksji, to zobaczyć tu można czystą magię...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-116614339103147527?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/116614339103147527/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=116614339103147527' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116614339103147527'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116614339103147527'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/12/buenos-aires-recoleta.html' title='Buenos Aires - Recoleta'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-116614100012833742</id><published>2006-12-15T00:35:00.000+01:00</published><updated>2006-12-15T11:34:59.303+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Buenos Aires'/><title type='text'>Buenos Aires - perła południa</title><content type='html'>Buenos Aires jest nazywane Paryżem Ameryki Południowej. Jest to całkowicie bezuzasadnione stwierdzenie. To Paryż powinien być nazywany europejskim Buenos Aires. Oba miasta są śliczne, niemniej jednak w porównaniu z resztą miast na swoim kontynencie to uroda Paryża nie błyszczy aż tak bardzo jak argentyńskiej stolicy. Na tle innych południowoamerykańskich miejsc, stolica tanga wygląda jakby pochodziła z innej planety. I pewnie tak jest...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B100.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/278757/B100.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Budynek argentyńskiego parlamentu ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;Po pierwsze trzeba napisać, że miasto zostało założone w 1536 roku przez Pedro de Mendozę. Jak wiecie, był to rok bardzo wyjątkowy. Polska zaangażowana była w IV wojnę moskiewską i odnosiła pewne sukcesy pod wodzą dzielnego Zygmunta Starego. Niedaleko Mszczonowa rodzi się Piotr Powęski herbu Pawęża, który przybiera nazwisko Skarga, a 350 lat potem w sporym stopniu przyczynia się do znakomitej kariery malarskiej niejakiego Jana Matejki. W Bazylei natomiast 27-letni Jean Cauvin wydaje swoje dzieło &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Institutio Religionis Christianae&lt;/span&gt;. Zawarte w nim poglądy, jak na tamtejsze czasy wyjątkowo niemodne, spotykają się z jednej strony z zachwytem, z drugiej strony z infamią i potępieniem. Nie jesteśmy w stanie dociec, kto miał rację, natomiast ilość krwi przelana w obronie obu stron była zaiste imponująca. W Londynie Anna Boleyn, druga żona Henryka VIII,  dokonywała istnych cudów by ukryć swoje tajemne sprawki, które summa summarum i tak wyszły na jaw i zaprowadziły ją na szafot. Sami widzicie, że było bardzo śmiesznie...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/646740/B104.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/556440/B104.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Pałac prezydencki, balkon Evity, zamyślona Aga ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;W tym samym mniej więcej czasie wyżej wspomniany Pedro de Mendoza poszukiwał w Ameryce Pd. złota i założył miasto. Co prawda już po pięciu latach zostało opuszczone (Hiszpanie nigdy nie umieli się porządnie dogadać z Indianami), ale od 1580 roku wszystko wróciło do normy i rozpoczął się bujny rozkwit. Zaowocował on cudowną mieszanką architektoniczną. Stare kolonialne budynki mieszają się z europejskimi kamienicami. Na brukowanych ulicach w czarno-biało fale (typowo brazylisjki motyw!) stoją żelazne kamienice rodem wprost z wiktoriańskiego Londynu. I te place oraz ulice... Wydawać by się mogło, że prawie 12-milionowa aglomeracja musi być molochem, który pnie się wyżej i wyżej. A Buenos się rozlewa leniwie prowądząc nitki ulic na równinie nad brzegami La Platy. Jeśli człowiek chce to wszędzie znajdzie ogromne przestrzenie. Główna ulica w Buenos ma 16 pasów (po osiem w każdą stronę). Widzieliśmy również aleję jednokierunkową, która miała 14 pasów. Przechodziliśmy na światłach przez ulicę i się ledwo wyrobiliśmy. Doszliśmy do wniosku, że w Buenos żyją najszybsze staruszki na świecie...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/162610/B99.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/788525/B99.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Zrewitalizowana dzielnica portowa ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Po kryzysie argentyńskim widać gołym okiem, że miasto podupadło. Wszędzie w centrum można znaleźć opuszczone budynki, których właściciele nie byli już w stanie utrzymywać. Po ulicach chodzi sporo poszukiwaczy złomu i makulatury. Dzięki tym smutnym obrazkom dużo wyraźniej widać, jak bardzo Argentyńczycy chcą by ich stolica była piękna. Teraz, gdy kraj otrząsnął się z ekonomicznego szoku, wszędzie wyrastają budowy i choć jest ich strasznie dużo, to na pierwszy rzut oka można zauważyć, że jest to tworzenie według ściśle określonego planu i wszystko ma swoje miejsce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/500110/B103.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/565836/B103.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Stare kamienice i fioletowe drzewa ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Miasto się cały czas rozwija i choć stare budynki stoją tuż koło świeżo zbudowanych, całość sprawia bardzo spójne wrażenie. Nie jest to przykładowo ciąg kamienic przy Al. Jerozolimskich, gdzie spośród pięknych budynków takich jak Hotel Polonia ni z tego, ni z owego wyrasta Mariott (a i tak podałem łagodny przykład). Argentyńczycy mają dobrych architektów, na pewno lepszych niż prezydentów...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/109177/B102.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/503910/B102.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Panie Borowski! Widzi pan, że można ładnie łączyć?? ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;Patrząc na to miasto, spacerując po nim, wdychając powietrze i obserwując ludzi ciężko uwierzyć, że człowiek znajduje się w Ameryce Południowej.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);"&gt;&lt;a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Institutio_Religionis_Christianae" title="Institutio Religionis Christianae"&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-116614100012833742?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/116614100012833742/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=116614100012833742' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116614100012833742'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116614100012833742'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/12/buenos-aires-pera-poudnia.html' title='Buenos Aires - perła południa'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-116612187995926233</id><published>2006-12-14T19:00:00.000+01:00</published><updated>2006-12-14T20:50:07.333+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Buenos Aires'/><title type='text'>Buenos Aires - zielone miasto</title><content type='html'>W zasadzie Buenos Aires jest jednym wielkim parkiem. Można przyjechać do tego miasta i przez tydzień chodzić tylko i wyłącznie po parkach i ogrodach. Wszystkie są zaprojektowane/zorganizowane z rozmachem i dbałością o szczegóły - właśnie tej drugiej rzeczy tak bardzo brakowało mi w Brazylii. Zielone obszary są dumą miasta. Absolutnie zresztą słusznie. Przechadzając się wąskimi alejkami, gdy byliśmy otoczeni kwitnącymi drzewami wyrastającymi z równo skoszonej, pachnącej trawy musieliśmy się siła zmuszać by nie zasiąść na jakiejś ławeczce i posiedzieć na niej do wieczora rozkoszując się otaczającym nas pięknem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/598770/B91.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/719761/B91.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Ogród botaniczny ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Ciekawe jest, że każdy park ma swój własny charakter i styl. Naprawdę ciężko znaleźć podobieństwa słowem &lt;span style="font-style: italic;"&gt;jardin&lt;/span&gt; w nazwie. Myślę, że każdy znalazłby coś dla siebie. Od ogromnych przestrzeni parków w Palermo, poprzez naturalność Reservy Ecologico, klasykę ogrodu japońskiego i skończywszy na interaktywności zoo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/456266/B95.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/963300/B95.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Ogród japoński ::..&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;br /&gt;Właśnie ogród zoologiczny bardzo mnie zaintrygował. W zasadzie praktycznie nie ma w nim klatek. Małe zwierzęta, takie jak bobry, kapibary i inne różne gryzoniowate, a także ptaki nieloty trzymane są na wolności i swobodnie przechadzają się pośród zwiedzających. Większe zwierzęta, które nie stwarzają bezpośredniego zagrożenia dla człowieka jak np. lamy, czy też wielbłądy spędzają czas na wybiegu odgrodzonym od alejek barierką na tyle wysoką by uniemożliwić im ucieczkę. Drapieżniki natomiast trzymane są za szybą. Kraty znaleźć można w niewielu miejscach. Co czyni zoo bardziej atrakcyjnym jest fakt, że nie ma zakazu karmienia zwierząt. Ogród na wejściu sprzedaje w papierowych torebkach specjalny pokarm, którym można karmić loaktorów zoo. Na opakowaniu wymienione są gatunki, którym wolno dawać zakupione jedzenie. W ten sposób i wilk jest syty, i owca cała. Ludzie nie dają zwierzętom pokarmu przyniesionego z zewnątrz, a zoo ma dodatkowy zysk z całej operacji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/294975/B92.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/970239/B92.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Od lewej: Ja, prezydent i boberek ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Generalnie można w Buenos Aires zauważyć sporo zieleni. Argentyńczycy są zresztą bardzo dumni z tego, że ich stolica nie dość, że jest bardzo piękna, to jeszcze za pan brat z naturą. Parki, zadrzewione ulice, ogrody przy budynkach. Wszystko to sprawia, że chce się tam mieszkać. Widać, że obecnie mieszkańcy Buenos bardzo się starają, by ich miasto było przyjazne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/1600/925091/B94.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/x/blogger/2728/3497/320/91086/B94.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Tak można cały dzień przesiedzieć ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-116612187995926233?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/116612187995926233/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=116612187995926233' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116612187995926233'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116612187995926233'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/12/buenos-aires-zielone-miasto.html' title='Buenos Aires - zielone miasto'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-116610886468320580</id><published>2006-12-14T15:37:00.000+01:00</published><updated>2006-12-14T16:07:45.116+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Buenos Aires'/><title type='text'>Buenos Aires - pierwsze wrażenie</title><content type='html'>Literatura pełna jest podnoszących na duchu opisów osób, które miały okazję zaobserwować widok zapierający dech w piersiach. Liczba przenośni i epitetów, które starają się dokładnie zobrazować reakcję jaka towarzyszy ujrzeniu Edenu, raju utraconego, gołej niewiasty, rajskiego ptaka, Hadesu, trzydziestotysięcznej, ciężkozbrojnej, maszerującej armii jest niezliczona. Ich ilość i różnorodoność jest odwrotnie proporcjonalna do prawdopodobieństwa zaistnienia takiej reakcji i jej realizmu. Prostym słowem - gdy zawsze czytałem o facecie, któremu się trzęsą nogi, serce wariuje od zawrotnych palpitacji etc. to wiedziałem, że takie reakcje nie miały miejsca, a autor nie miał pojęcia jak opisać właściwie widok roztaczający się przed oczami bohatera, więc skupiał się na nim. Nieskomplikowane, prawda?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tym większe było moje zdziwienia, gdy już opuściliśmy lotnisko Ezeiza w Buenos Aires i ruszyliśmy taksówką w kierunku miasta. Okazało się, że faktycznie widok może spowodować dłuższy bezdech i milczenie. To co się roztaczało przed naszymi oczami nie było może piękne, ale powodowało autentyczne wzruszenie. Po miesiącach spędzonych na "podziwianiu" brazylijskiej dziczy, boliwijskiej biedy i peruwiańskiego natręctwa równo przystrzyżone, zielone trawniki, małe, kolorowe i eleganckie domki były ożywczym tchnieniem europejskiej cywilizacji, które zawróciło nam w głowach. A widok drzew iglastych, tak piękniejszych od tych wszystkich palm, wręcz wyciskał łzy z oczu... Wszystko skąpane październikowymi promieniami słońca sprawiało wesołe, wiosenne wrażenie, a ludzie zmuszeni 30-stopniowym upałem do ograniczenia liczby noszonych ubrań byli jacyś tacy ładniejsi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po przejechaniu kilkunastu kilometrów, gdy nasze spragnione porządku dusze zostały nakarmione, okazało się, że biedniejsze dzielnice wcale nie różnią się za bardzo ubogich budynków w Sao Paulo, choć i tak mimo wszystko były trochę czystsze. A może to uradowane widokami oczy ubarwiały rzeczywistość...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-116610886468320580?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/116610886468320580/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=116610886468320580' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116610886468320580'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116610886468320580'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/12/buenos-aires-pierwsze-wraenie.html' title='Buenos Aires - pierwsze wrażenie'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-116424569356192635</id><published>2006-11-23T02:33:00.000+01:00</published><updated>2006-12-13T00:44:34.986+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Buenos Aires'/><title type='text'>Buenos Aires - wstęp</title><content type='html'>Jeszcze w pażdzieniku pojechaliśmy do Buenos Aires. Napaleni strasznie na Argentynę i obowiązujące w niej, podobno zapierające dech w piersiach swoją wielkością, a raczej maleńkością, ceny spodziewaliśmy się niezapomnianego i wspaniałego przeżycia. Muszę stwierdzić, że się nie zawiedliśmy. Zanim jednak dojdę do meritum, opowiem jak do niego doszło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Loty z Sao Paulo do Buenos Aires nie należą do najtańszych. Niby nie jest to daleko, a i kierunek raczej popularny, to jednak coś musi być na rzeczy. Może słabo utajniana historycznie uwarunkowana niechęć obu nacji do siebie? Może jest to przejaw walki o dominację na kontynencie? A może po prostu Brazylijczycy są cholernie zazdrośni o dużo ładniejszych, inteligentniejszych, lepiej wychowanych, bardziej cywilizowanych i generalnie sympatyczniejszych Argentyńczyków i narzucają wysokie ceny przelotów? Któż to wie...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lufthansa, British Ariways i inne popularne oraz znane w świecie linie lotnicze w pożądanym przez nas okresie były zdecydowanie nie na naszą kieszeń. Zdecydowaliśmy się summa summarum skorzystać z usług brazylijskiej taniej linii lotniczej Voegol, zwanej popularnie Gol. Gol różni się od tradycyjnych, europejskich linii lotniczych tylko odrobinę lepszej klasy samolotami (głównie boeingi 737-800). Poza tym cierpi na wszystkie przypadłości tanich linii przyprawione unikatowymi, brazylijskimi pomysłami. Bilety Gola przez internet mogą zakupić tylko i wyłącznie obywatele Brazylii posiadający ichniejszy PESEL. Ceny biurowe natomiast niebezpiecznie zbilżają się do standartów ustalonych przez wielkie firmy. Poprosiliśmy więc Fabiano o zakup biletu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nasz dzielny przyjaciel znowu nas nie zawiódł. Kupił nam bilety i mogliśmy lecieć do Argentyny. Z międzylądowaniem w Porto Alegre, gdzie znajduje się jedne z najładniejszych i najprzyjemniejszych lotnisk jakie w życiu widziałem. Kto by pomyślał, że to wciąż Brazylia. Fakt, że lotnisko jest takie sympatyczne sprawił, że jakoś znośnie strawiliśmy trzy godziny opóźnienia i około pierwszej po południu 24 października przylecieliśmy do Argentyny.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-116424569356192635?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/116424569356192635/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=116424569356192635' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116424569356192635'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116424569356192635'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/11/buenos-aires-wstp.html' title='Buenos Aires - wstęp'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-116386003290785209</id><published>2006-11-05T15:24:00.000+01:00</published><updated>2006-11-18T15:27:13.026+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Peru Boliwia'/><title type='text'>Peru, Boliwia - bonus</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B107.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B107.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Tam byliśmy :) ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-116386003290785209?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/116386003290785209/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=116386003290785209' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116386003290785209'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116386003290785209'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/11/peru-boliwia-bonus.html' title='Peru, Boliwia - bonus'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-116267728323893179</id><published>2006-11-04T22:46:00.000+01:00</published><updated>2006-11-18T04:13:03.066+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Peru Boliwia'/><title type='text'>Dzień 14 - Powrót</title><content type='html'>W dzień powrotu spotkała nas dodatkowa przygoda. Dzień wcześniej odebraliśmy maila i okazało się, że nasz dobrodziej AeroSur zmienił czas odlotu samolotu z La Paz do Santa Cruz z barbarzyńskiej godziny 7.30 rano na niemniej barbarzyńską 6.00. Jako, że wymogiem koniecznym jest stawienie się na lotnisku 2h przed odlotem nastawiliśmy budziki na 3 rano.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center;" alt="" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B86.jpg" border="0" /&gt;..:: Wschód słońca w El Alto ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Spaliśmy krótko, pobudka była ciężka, ale daliśmy radę. W końcu nie takie rzeczy się ze szwagrem po pijanemu... Wracając do głównego nurtu. Wzięliśmy taksówkę na lotnisku i punkt czwarta przekraczaliśmy drzwi portu lotniczego La Paz. Czułem się trochę, jakbym grał w filmie. Lotnisko było kompletnie wymarłe. Ani żywej duszy. Ogromna hala i tylko parę osób drzemiących w różnych kątach na krzesełkach. Ale takich lotniskowych Marków wszędzie można na świecie spotkać. Zawsze jakiś nieszczęśnik spóźni się na samolot, albo ma pecha latać Varigiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center;" alt="" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B87.jpg" border="0" /&gt;..:: Po prawej La Paz, po środku El Alto, po lewej skrzydełko 737-200 ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;Odnaleźliśmy stanowisko AeroSur i powitały nas zaciemnione blaty. Coś się zaczęło dziać dopiero po pół godzinie i już przed piątą zaczęto odprawiać pierwszych pasażerów. Nie było sensu zadawać pytania, po co mamy być dwie godziny przed odlotem skoro i tak się nic nie da zrobić. Nikt by nam nie odpowiedział.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center;" alt="" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B88.jpg" border="0" /&gt;..:: Dwa tygodnie czekaliśmy by porządną górę z bliska zobaczyć ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Kolejka przesuwała się dość szybko i sprawnie. Niestety nas odprawiano 20 minut. Pani z AeroSur była jednym słowem straszna. A mogliśmy trafić do takiej ładnej, sympatycznej, szybkiej, atrakcyjnej brunetki z okienka obok. Wystarczyło pozwolić przejść takiemu panu, co wyraźnie chciał się przed nas wepchać. I wtedy on by trafił do piekła, a my... ale do rzeczy. Pani zabrała nam paszporty po czym długo je studiowała. Nie mogła rozgryźć z jakiego kraju jesteśmy i obracała te dokumenty na wszystkie strony zagryzając zęby. Będziemy musieli wysłać list to organu wydającego paszporty i powiedzieć, że napis Rzeczpospolita Polska na okładce jest bezużyteczny. Niech wstawią tam obrazek Kubusia Puchatka. Przynajmniej wesoło będzie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center;" alt="" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B89.jpg" border="0" /&gt;..:: Takie morze tygryski lubią najbardziej ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;Gdy tajemnica naszego pochodzenia została rozwiązana pani odesłała nasze paszporty do skserowania. Zajęło im to sporo czasu. Gdy dokumenty wróciły zapytała się nas o świadectwo szczepień. Z uśmiechem na ustach pokazaliśmy żółte książeczki przyczepione spinaczem w samym środku paszportu. Pani się żachnęła, wyjęła spinacz, rozłożyła na ladzie wszystkie nasze papiery (a dużo ich było) i wysłała świadectwa do skserowania. Poczekała na ich powrót, po czym rozpoczęła dalszą inwigilację dokumentów. Po dłuższej chwili odkryła, że jesteśmy rezydentami brazylijskimi i odesłała nasze kwitki do skserowania. Propozycję, że mogę iść i się cały skserować zbyła milczeniem. Bilety drukowała nam 3 razy, bo za każdym coś było nie tak. Widząc jej poczynania modliliśmy się w duchu by nie wysłała nam bagaży do Kuala Lumpur. Na sam koniec przez 5 minut tłumaczyła nam, do której bramki mamy się udać, choć na bilecie wyraźnie było napisane: "Gate 6". Najgorsze jest to, że biletów nie chciała z ręki wypuścić, dopóki to końca nie wytłumaczyła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B90.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center;" alt="" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B90.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Nasz dobrodziej, dzięki któremu podróż doszła do skutku ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Lot minął w wyjątkow sennej atmosferze. W Santa Cruz przesiedliśmy się na samolot do Sao Paulo i wróciliśmy do tego gigantycznego miasta. W drodze z lotniska, siedząc w taksówce, której właściciel i tak rąbnął nas na przynajmniej 10R$ napawaliśmy się rozwojem i uprzemysłowieniem Brazylii. Choć widoki były brzydkie jak noc, robiły wrażenie swoim zaawansowaniem pod względem technologicznym i cywilizacyjnym. Tylko kulturowo znowu się cofnęliśmy. Jednak wchodząc do naszego przepłaconego, wysłużonego mieszkania czułem się prawie tak, jakbym po dłuuuugiej podróży wrócił do prawdziwego domu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Śmiało mogę stwierdzić, że wyprawa do Peru i Boliwii była wycieczką mojego życia.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-116267728323893179?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/116267728323893179/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=116267728323893179' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116267728323893179'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116267728323893179'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/11/dzie-14-powrt.html' title='Dzień 14 - Powrót'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-116267673452189925</id><published>2006-11-04T22:44:00.000+01:00</published><updated>2006-11-18T14:59:56.326+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Peru Boliwia'/><title type='text'>Dzień 13 - Ostatnie podrygi tańczącej ostrygi</title><content type='html'>&lt;span style="text-decoration: underline;"&gt;&lt;/span&gt;Ostatni dzień naszego pobytu w La Paz postanowiliśmy wykorzystać poprzez zmaksymalizowanie dobrodziejstw oferowanych nam przez miasto i miejsce zamieszkania. Dałem się rano przekonać i po śniadaniu ruszyliśmy na sklepowe łowy. Wpierw co prawda mieliśmy ochotę wybrać się do Księżycowej Doliny pod miastem, ale niestety autobus objazdowy uciekł nam dosłownie sprzed nosa, gdy wyciągaliśmy pieniądze z bankomatu. Jakoś nie byliśmy tym specjalnie zmartwieni, poprzednie dni dostarczyły nam już multum wrażeń.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B84.1.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B84.2.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Widok na miasto z drogi na lotnisko ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;Pełni werwy i ochoty zaczęliśmy szukać sklepów. Po 50 metrach ochota nam odeszła i rozpoczęła się ciężka walka z chodnikiem, który z każdym krokiem stawał się stromszy i bardziej nierówny. Tak ciężko się nam szło, że już byśmy się dawno cofnęli do hotelu, gdyby nie fakt, że akurat schodziliśmy w dół. Intensywne dwa tygodnie, powrót na wysokość ponad 3500m spowodowały, że ledwo powłóczyliśmy nogami. Robiliśmy to jednak tak skutecznie, że udało nam się po dłuższej chwili dotrzeć w okolice kościoła św. Franciszka, gdzie szybko nakupywaliśmy najmniej badziewnych pamiątek, po czym poszliśmy do naszej ulubionej kafejki na obiad.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;Nie minęło dużo czasu, gdy byliśmy z powrotem w hotelu. To co się dalej działo, zniknęło w gmatwaninie różnych wydarzeń, takich jak sauna, basen, kolacja, business center. Pamiętam tylko, że wieczorem przed spaniem udało mi się w końcu obejrzeć "Forresta Gumpa" do końca.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-116267673452189925?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/116267673452189925/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=116267673452189925' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116267673452189925'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116267673452189925'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/11/dzie-13-ostatnie-podrygi-taczcej.html' title='Dzień 13 - Ostatnie podrygi tańczącej ostrygi'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-116267625918687293</id><published>2006-11-04T22:11:00.000+01:00</published><updated>2006-11-18T15:00:20.090+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Peru Boliwia'/><title type='text'>Dzień 12 - Copacabana</title><content type='html'>&lt;div align="left"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="center"&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;Po obudzeniu spałaszowaliśmy ze smakiem śniadanie. Po raz 11 w ciągu 11 dni jajka z bekonem. Idzie się przyzwyczaić, z czasem. Dowiedzieliśmy się, że z naszego hotelu odjeżdża bezpośrednio mały busik do La Paz. Nawet udało nam się na niego załapać. Odjeżdżał koło południa, więc poszliśmy na mały spacer. Nie uszliśmy za daleko, gdy oddech stał się tak ciężki, że postanowiliśmy zawrócić. Zresztą dotarliśmy do miejsca, w którym nadbrzeżną drogę przegradzał masywny szlaban. Stojący za nim wartownik wytłumaczył nam, że przejść nie możemy bo dalej znajduje się baza boliwijskiej marynarki. Ot, pociąg do mocarstwowości. Kraj nie ma dostępu do morza, więc utrzymuje wojska morskie na swoim największym akwenie. I jakie doborowe. Widzieliśmy rano chłopaków jak mieli przebieżkę akurat pod naszymi oknami hotelowymi. Prawie 4000m n.p.m. a ci biegają, jak głupi i jeszcze do tego śpiewają. Żadnej zadyszki. Imponujące...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B82.2.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B82.5.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Wietrzna Titicaca ::..&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="left"&gt;&lt;br /&gt;W busiku mieliśmy opiekuna mówiącego po angielsku. Całkiem sprawnie. Zapewnił nam więc parę przystanków w najbardziej urokliwych miejscach Titicaci. Zanim się obejrzeliśmy znaleźliśmy się w La Paz. Zanim to jednak nastąpiło musieliśmy przeprawić się przez jezioro. W najwęższym co prawda miejscu (raptem 800m), ale mostu ani widu ani słychu, a to co pływało pomiędzy dwoma nadbrzeżnymi miastami nie wyglądało zbyt pewnie. Busik został przewieziony przez dalekiego kuzyna Titanica. Tratwa, na której przeprawiał się była chyba najmniej pływalnym kawałkiem deski jaki widziałem w życiu. Flisak odepchnął ją od brzegu długim drewnianym kijem i zaczął nim manewrować. Strach w oczach pasażerów, którzy zostali na brzegu był aż nadto widoczny. Na szczęście okazało się, że w ten sposób nadaje tylko kierunek. Gdy tak na oko wszystko było ustawione zapuścił taki malutki silniczek i to coś zaczęło powoli i mozolnie przeprawiać się na drugą stronę. Tempem pływaka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="left"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="center"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;W tak zwanym międzyczasie zdążyliśmy zakupić jakąś przegryzkę, załadować się na malutki, pasażerski prom, w którym, mógłbym przysiąc, swego czasu zamontowany był napęd parowy i przepłynąć na drugi brzeg. A tratwa ciągle majestatycznie pokonywała wzburzone jezioro. W końcu się udało. Przybiła do brzegu, co prawda nie tam, gdzie miała, ale szczęśliwie. Modły dwudziestki pasażerów zostały wysłuchane. &lt;/div&gt;&lt;p align="center"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center;" alt="" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B85.jpg" border="0" /&gt;..:: Widok z pokoju ::..&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Tym razem wjeżdżaliśmy do La Paz za dnia. Ale wrażenie znów było niesamowite. Gdy wysiedliśmy szybko złapaliśmy taryfę i pojechaliśmy do naszego kochanego Radissona, gdzie czekała na nas świeża pościel i łazienka z wanną. Po tych 10 dniach było to prawie jak powrót do domu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No i znowu herbatka z liści koki... :) &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-116267625918687293?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/116267625918687293/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=116267625918687293' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116267625918687293'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116267625918687293'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/11/dzie-12-copacabana.html' title='Dzień 12 - Copacabana'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-116260691749612339</id><published>2006-11-03T23:24:00.000+01:00</published><updated>2006-11-04T03:28:10.786+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Peru Boliwia'/><title type='text'>Dzień 11 - Autobus</title><content type='html'>Poprosiliśmy naszą miłą obsługę by kupili nam poprzedniego dnia bilety na autobus do Puno. Musieliśmy się tego samego dnia dostać do Copacabany w Boliwii, więc czekał nas cały dzień w drodze. Mieliśmy autobus o 9 rano, a z Puno do Copacabany podobno było mnóstwo autobusów, zarówno wg przewodnika jak i pana z hotelu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stawiliśmy się więc przed dziewiątą na Terra Terminal odnaleźliśmy stanowisko naszej kompanii autobusowej (z litości przemilczę nazwę) i udało nam się zająć miejsce w rejsowym autobusie do Puno. Co ciekawe zanim dostaliśmy się na pokład musieliśmy zapłacić podatek dworcowy. Peruwiańczyk potrafi... oskubać turystę w każdy możliwy sposób.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podróż autobusem była przyjemna pod względem widokowym i koszmarna pod każdym innym. Nie dość, że puszczali durne filmy, próbowali na siłę uszczęśliwić pasażerów grą w bingo (byłem o jedną liczbę od wygranej), w której główną i jedyną nagrodą był bilet powrotny na tę samą trasę, to jeszcze posadzili nas zaraz przy toalecie i pod koniec pięciogodzinnej podróży zapach z niej dobiegający był trudny do zniesienia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B77.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B77.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Płaskowyż z jeziorkiem w tle ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Autobus miał być w Puno o 14. Niestety ponieważ na początku podróży obsługa zapomniała dokumentów i musieliśmy się wracać kilkanaście kilometrów, dotarliśmy na miejsce dopiero o 14.30. W ciągu kilku minut dostaliśmy nasze bagaże i Aga poszła się wypytać o autobus do Copacabany. Okazało się, że ostatni odjechał o godzinie 14.30. Mieliśmy do wyboru stracić pieniądze za rezerwację w Copacabanie i zostać w obrzydliwym Puno, albo znowu skorzystać z usług niesamowitych peruwiańskich taksówkarzy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B78.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B78.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Na trasie należy uważać na różne niebezpieczeństwa ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Po krótkim namyśle przekonaliśmy naprędce poznanego Kanadyjczyka, że tak naprawdę on nie chce zostawać w Puno, tylko ma ochotę pojechać z nami do Boliwii, wzięliśmy taksówkę i ruszyliśmy w drogę. Tym razem upłynęła ona w dużo mniej napiętej atmosferze, choć kierowca nei sprawiał wrażenia, jakby kiedykolwiek uczył się prowadzić auto. David był sympatycznym, łysym 53-latkiem. Po dłuższym czasie został zwolniony z pracy i zdecydował się wyruszyć w podróż po Ameryce Południowej. Decyzji pewnie zdecydowanie pomógł fakt, że jego rosyjska dziewczyna przybyła tu miesiąc wcześniej. Miał fajne poczucie humoru i emanował beztroską. Pewnie dlatego już pierwszego dnia po przylocie do Peru został okradnięty w taksówce. Niemniej jednak podróż z nim dostarczyła miłej wymiany poglądów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B79.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B79.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: I znów przekraczanie granicy "na uchodźcę" ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Tym razem przejście przez granicę nie poszło tak łatwo. Co prawda odprawa imigracyjna nie sprawiała problemów, ale peruwiańscy celnicy nie dali nam tak łatwo wyjechać. Było ich czterech, uzbrojonych i nie byli do nas przyjaźnie nastawieni. Poszedłem na pierwszy ogień, sam z moim wiernym plecakiem, naprzeciw mnie trzech, razem wszyscy w pokoju. Zrobili mi dokładną rewizję. Na szczęście postarałem się trochę rozluźnić atmosferę i obyło się bez osobistego przeszukania. Ale dokładnie obwąchali wszystkie moje snickersy. Mogliby zainwetsować w psy. Na szczęście dziewczyny z Davidem rozpracowali w międzyczasie ostatniego oficera, więc ich pobyt w pokoju przesłuchań, choć również niezbyt przyjemny, poszedł w miarę gładko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podeszliśmy z bagażami pod stumetrową górkę do Boliwii, zdyszaliśmy się przy tym jak nigdy w życiu. W końcu 3900m robi swoje. Ostatni rzut oka na Titicacę ze strony peruwiańskiej i taksówka do Copacabany. 20km minęło jak z bicza strzelił. Pożegnaliśmy się z Davidem, który popędził do swojej ukochanej, a sami pospieszyliśmy się zameldować w najlepszym hotelu w Copacabanie - 50zł za noc ze śniadaniem. Po dopełnieniu formalności pospieszyliśmy obejrzeć zachód słońca nad Titicacą. Podobno w Copacabanie widać go najlepiej. Trudno się nie zgodzić. W zasadzie nie da się tego opisać. To trzeba zobaczyć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B80.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B80.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Tak to wygląda ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B81.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B81.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Niestety już po ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Niestety nie było nam dane oglądać zachodu zbyt długo. Rach-ciach i słońce zaszło. Jakby to porównać np. z zachodem nad Bałtykiem to w Polsce słońce chowa się za horyzont cały dzień. Przynajmniej nie zdążyliśmy zmarznąć. Po przedstawieniu zjedliśmy obiad w najlepszej copacabańskiej restauracji (10zł od osoby, zresztą jakich cen można się spodziewać po mieście, gdzie nie ma ani jednego bankomatu) i w pełni najedzeni poszliśmy spać.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-116260691749612339?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/116260691749612339/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=116260691749612339' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116260691749612339'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116260691749612339'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/11/dzie-11-autobus.html' title='Dzień 11 - Autobus'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-116258084548537746</id><published>2006-11-03T20:07:00.000+01:00</published><updated>2006-11-03T23:24:15.503+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Peru Boliwia'/><title type='text'>Dzień 10 - Arequipa</title><content type='html'>Po paru dniach spędzonych w Limie nadszedł najwyższy czas by rozpocząć proces powrotu do La Paz. Około południa mieliśmy samolot do Arequipy. Znowu zdecydowaliśmy się skorzystać z usług LAN Peru. Firma ta obsługuje praktycznie wszystkie trasy wewnątrz kraju i robi to ze sporą częstotliwością. Na najbardziej popularnych trasach loty odbywają się co godzinę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Taksówka na lotnisko znów była  ciekawym przeżyciem. Stanęliśmy z bagażami na rogu i machnęliśmy ręką. Zatrzymały się trzy. Zapytaliśmy pierwszego kierowcę o cenę za przejazd na lotnisko. Otaksował nas wzrokiem i zażyczył sobie 25US$. Odprawiliśmy go z kwitkiem i podeszliśmy do drugiego. Facet był mądry, bo widząc, że spławiliśmy poprzedniego, powiedział normalną cenę - trzykrotnie niższą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lot nad górami w drugą stronę był równie inetersującym przeżyciem jak pierwszy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B71.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B71.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Księżycowe krajobrazy ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;Arequipa położona jest na pustynnym płaskowyżu na wysokości 2300m n.p.m. w cieniu trzech wulkanów. Tylko jeden z nich jest ciągle czynny i jeśli wybuchnie Arequipa zostanie zrównana z ziemią. Mieszkańcom jakoś to specjalnie nie przeszkadza, ponieważ ostatni erupcja miała miejsce 400 lat temu. Życie miastu daje przepływająca przez nie rzeka. W odległości kilkudziesięciu metrów od jej brzegów znajdują się pola uprawne, a poza granicą nawadniania znajduje się prkatycznie tylko piasek. Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby koryto wyschło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B72.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B72.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Arequipa z lotu ptaka ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B73.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B73.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Życiodajna woda ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;Na lotnisku przywitał nas pan z hotelu i zawiózł nas do miejsca zwanego Casa Arequipa. Hotel był po prostu przepiękny. Znajdowało się w nim 7 pokojów. Każdy miał swoją własną nazwę i były urządzone za pomocą starych, odrestaurowanych mebli. Katarina u siebie miała łoże z baldachimem, a w naszym pokoju znajdowały się dwa gigantyczne łóżka, stary fotel, wielka, prawie jak narnijska, szafa, a w wazonie na stoliku obsługa umieściła świeże kwiaty. Efekt był naprawdę niezły, a odczucia pałacowe. Aż szkoda, że spędzaliśmy tam tylko jeden dzień. Motywacja do opuszczenia pokoju nie była zbyt duża.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B74.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B74.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Nasz dobroczyńca - Airbus 319 LAN Peru ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Na szczęście zmusiliśmy się do wyjścia i wyszło nam to na dobre. Miasto jest bardzo, ale to bardzo ładne. Wąskie brukowane uliczki, stare budownictwo i mnóstwo bardzo przyjemnie wyglądających knajpek. Atmosfera miejsca sprawiała, że jak na Peru czuliśmy się stosunkowo bezpiecznie. Praktycznie z każdego miejsca w mieście można zobaczyć jeden z ośnieżonych, wulkanicznych szczytów. Dodaje to miejscu dodatkowego uroku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B75.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B75.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Wąskie, brukowane uliczki ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Zdecydowaliśmy się po dwugodzinnym spacerze zjeść przyjemną kolację w jednej w włoskich knajpek. Odniosłem wrażenie, że generalnie śródziemnomorska kuchnia jest ogromną inspiracją dla miejscowych kucharzy, którzy w sztuce przyrządzania pizzy pewnie już dawno prześcignęli włoskich mistrzów. Po kolacji wzięliśmy miejscową taksówkę (3zł) i wróciliśmy do naszego miejsca zamieszkania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miasto jest naprawdę prześliczne. Zważywszy jeszcze na obsługę hotelu (dla zainteresowanych przypominam - Casa Arequipa), która była gotowa zrobić dla nas praktycznie wszystko możemy uznać pobyt w Arequipie za wyjątkowo udany.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-116258084548537746?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/116258084548537746/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=116258084548537746' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116258084548537746'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116258084548537746'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/11/dzie-10-arequipa.html' title='Dzień 10 - Arequipa'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-116257770237301373</id><published>2006-11-03T19:12:00.000+01:00</published><updated>2006-11-03T19:15:02.970+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Peru Boliwia'/><title type='text'>Dzień 8,9 - Lima</title><content type='html'>Zdecydowałem się umieścić oba dni razem, gdyż nasz pobyt w Limie był bardzo... luźny. W porównaniu z poprzednimi dniami można go nazwać nawet leniwym. Pochodziliśmy po mieście, wzięliśmy wycieczkę autobusową i generalnie staraliśmy się nie przemęczać. Dziewczyny korzystały z dobrodziejstw oferowanych przez Hilton Group, a ja uczyłem się hiszpańskiego oglądając wieczorem filmy. Pełen relaks, ale w sumie zasłużyliśmy sobie na niego. W Limie mogliśmy trochę się odstresować i nie myśleć o środku transportu z jakiego przyjdzie nam skorzystać by dostać się do następnego punktu naszej podróży.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B67.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B67.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Długie limańskie (?) spacery ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;Jak już wspomniałem w Limie żyje podobno 7 milionów osób. I daje się to odczuć. Po dość kameralnych Puno, Cusco, a także wyjątkowym w swojej wyjątkowości La Paz Lima była jak tchnienie cywilizacji. Świeżość nowoczesności, zaawanowanych ułatwień (wreszcie można było spuszczać papier w toalecie - gdzie indziej taka czynność kończyła się zapchaniem toalety, papier wyrzucało się do koszy stojących obok muszli klozetowej, ohyda) rozwoju, w pewnym sensie europejskości, pomieszana ze smrodkiem wielkomiejskich nieprzyjemności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lima jest stosunkowo ładnym miastem. W porównaniu do np. takiego Sao Paulo można nawet stwierdzić, że jest piękna. Dzielnica Miraflores jest nowoczesna i zadbana. Centrum potrafi zauroczyć swoimi jednokierunkowymi uliczkami i starymi budynkami. Jako że jest to miasto, w którym często występują trzęsienia ziemi prawie w ogóle nie ma w nim wysokich budynków. No i mam wrażenie, że pogoda jest tam zawsze depresyjna. Wiatr przywiewa chmury znad oceanu, które zatrzymują się na otaczających miasto górach i zostają tak do końca świata. Jak każde miasto na świecie i to posiada parę smaczków, o których warto wspomnieć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nachalność i taksówki. Są to dwie rzeczy, które najbardziej zapamiętam ze stolicy Peru. Jeśli w innych częściach kraju każdy próbuje ci coś sprzedać, to w Limie nie ustąpią póki czegoś nie wcisną, albo się na nich nie nawrzeszczy. Jeśli w La Paz uliczni pucybuci zawsze zagajali, gdy się koło nich przechodziło, to "No, gracias" starczało im za odpowiedź. W Limie potrafili za nami biec dłuższą chwilę i próbowali nawet nakłonić Katarinę by dała im do wypastowania swoje białe, materiałowe półbuty (sic!). Symptomatyczną była sytuacja, gdy szliśmy spokojnie ulicą, a przechodzący z naprzeciwka mężczyźni zatrzymali się, a jeden zaczął oferować: "Tourist help, information, maps, tour". Do pasji doprowadziła mnie chwila, gdy w parku przechodziliśmy obok namiętnie całującej się pary. Wyglądali naprawdę bardzo miło, zakochani po uszy. Gdy znajdowaliśmy się naprzeciwko ich ławki chłopak zauważył nas kątem oka, momentalnie zapomniał o swojej drugiej połówce i zagaił: "Canabiss, cocaina, marihuana, senor?". Człowiek musi być zawsze i wszędzie gotowy, bo stwierdzenie, że każdy próbuje biednemu turyście coś wcisnąć trzeba traktować bardzo, ale to bardzo dosłownie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B68.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B68.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Sheraton w Limie, czyli jak nie należy budować ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;O taksówkach można by napisać cały rozdział, a i tak mogłoby nie starczyć. Co 7 pojazd w Limie jest taksówką. Są one niesamowicie denerwujące. Największym naszym problemem było to, że mimo wszystko wyróżnialiśmy się z tłumu i wyglądaliśmy na obcokrajowców. Owocowało to tym, że nie mogliśmy chodzić po chodniku zbyt blisko ulicy. Jeśli w Cusco każdy taksówkarz na nasz widok zawlaniał, to w Limie wszyscy wolni zatrzymywali się przy nas i trąbili. Zachowywali się tak dopóki nie pokręciliśmy głową, że nie potrzebujemy skorzystać z ich usług. Przez pierwszą godzinę było to interesujące doświadczenie. Pod koniec drugiego dnia na widok taksówki miałem jednak ochotę rzucać kamieniami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Interesującą sytuację mieliśmy również w miejscowej katedrze. Jest to bardzo inetersujący budynek i można go zwiedzać z przewodnikiem. Wstęp kosztuje jakąś drobną sumę, a że miejsce wydaje się być ineteresujące to zdecydowaliśmy się z Agą na małą wycieczkę. Pech chciał, że oprócz nas w angielskojęzycznej grupie było pięciu Amerykanów. Wszyscy wyglądali na typowych rednecków z Kansas. Każdy był niesamowicie spocony, choć wcale nie było gorąco, czterech było dość mocno przytytych, a ten, który miał w miarę normalną budowę ciała posiadał wyraz twarzy "Przepraszam, gdzie jest mój mózg?" i czarną koszulkę z nadrukiem w postaci konturu USA w narodowych barwach, sylwetkami żołnierzy i napisem: "Serve with pride, protect with power". Chwilę po wejściu do środka jeden z nich wyciągnął komórkę, wybrał numer i zaczął rozmowę: "Tak, stary, jesteśmy teraz w kościele. Tu jest zajebiście, szkoda, że cię z nami nie ma, podobało by Ci się, wiesz, to jest takie stare, ale nic chłopie, kończę, bo wiesz, jesteśmy w katedrze i tu chyba nie rozmawiają przez telefony w środku. No, to na razie stary." Gdy przewodniczka coś opowiadała to przy każdej dacie wcześniejszej niż 1800 rok z pięciu amerykańskich piersi wydobywało się głośne: "Och, to takie stare!". Generalnie "Och!" było bardzo częstym dźwiękiem. Najlepszych wrażeń dostarczyła jednak przewodniczka. Pod sam koniec wycieczki mieliśmy kilka minut dla siebie, więc pani podeszła do nas i zagaiła rozmowę w stylu skąd jesteśmy, czy nam się podoba. Pogaworzyliśmy sobie miło przez parę minut, zresztą przewodniczka była bardzo sympatyczna, ale wszystko zepsuła ostatnim zdaniem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- O&lt;span style="font-style: italic;"&gt;k, chodźmy mamy jeszcze jedną rzecz do zobaczenia. Mam nadzieję, że wiecie, że po wycieczce powinniście mi dać napiwek.&lt;/span&gt; - przewodniczka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tu nie było już takiego zaskoczenia jak z informatorem, byliśmy przygotowani, więc jak łatwo się domyślić pani nie dostała żadnego napiwku od nas.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Byliśmy również świadkami bardzo zastanawiającej rzeczy. Drugiego dnia pojechaliśmy na wycieczkę autobusową po mieście. Byliśmy pierwszymi klientami, więc zajęliśmy miejsca na samym przedzie odkrytego dwupokładowca. Przeciskaliśmy się przez korek na jednej z początkowych ulic, gdy wzrok mój przykuła stara, niewielka ciężarówka. Paka była niezabudowana z góry, a ładunek przykryty płachtą. W pewnym momencie wydało mi się, że spod płotna mignęła mi ręka. Zacząłem się intensywniej przypatrywać. Po chwili byłem już pewien. Spod krawędzi materiału wychynęło ramię i uniosło lekko brzeg płachty ukazując głowę. Facet zobaczył mnie, uśmiechnął się i zaczął coś mówić. Po chwili spod płótna wyjrzało kilka następnych głów i patrzyli na autobus. Odniosłem wrażenie, że turystyczny autobus był dla nich pewnego rodzaju urozmaiceniem nudnej podróży, a turyści wytrzeszczający oczy na ich widok musieli wyglądać bardzo interesująco.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B69.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B69.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Niecodzienna forma transportu ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;Lima leży nad Pacyfikiem. Ocean wygląda jak... ocean. Dużo słonej wody, lekka bryza, fale i surferzy. Spore wrażenie robi jednak nabrzeże. Na kamienistej plaży znajdują się różnego rodzaju małe knajpki, wypożyczalnie desek i inne. Za plażą znajduje się dwupasmówka, podobno jedno z lepszych rozwiązań komunikacyjnych w mieście, tylko czemu tak mało aut nią jeździ? Za ulicą wznosi się z kolei kilkudziesięciometrowy klif, a na nim zaczyna się właściwe miasto. Musi być pięknie mieszkać a apartementowcu na samym skraju urwiska. Dizelnica nadbrzeżna jest zrewitalizowana i bardzo elegancka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W przewodniku wyczytaliśmy, że na jednym z molo znajduje się bardzo dobra restauracja. Postanowiliśmy wypróbować i faktycznie, jedzenie było wyśmienite, a widok z okien na surefrów ślizgających się po falach dziewczyny uznały za bardzo atrakcyjny. Samo wejście na molo, ustawione na sporych głazach upstrzonych wszędzie krabami, było samo w sobie ogromnym wrażeniem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B70.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B70.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: La Rosa Nautica ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;Podsumowując nasz leniwy pobyt w Limie był on dość udany, sympatyczny i bezproblemowy. Sama stolica Peru jest dużo bardziej europejska niż jakiekolwiek miasto, w którym byliśmy w Ameryce Południowej, posiada swój urok, niemniej jednak nie zapiera dechu w piersi.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-116257770237301373?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/116257770237301373/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=116257770237301373' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116257770237301373'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116257770237301373'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/11/dzie-89-lima.html' title='Dzień 8,9 - Lima'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-116253135918338864</id><published>2006-11-03T06:22:00.000+01:00</published><updated>2006-11-03T14:07:36.880+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Peru Boliwia'/><title type='text'>Dzień 7 - LAN Peru</title><content type='html'>Kolejny poranek w Cusco przywitał nas piękną pogodą. Okoliczne szczyty co prawda gdzieniegdzie spowijały białe kłęby chmur, ale miasto było zalane słonecznym światłem. Śniadanie w naszej malutkiej trzystolikowej jadalni w połączeniu z pyszną kawą i herbatką z liści koki pozwoliła stanąć nam na nogi. Zmęczyliśmy jajecznicę z bekonem (jak co dzień) i postanowiliśmy się porozkoszować piękną pogodą w hotelowym ogródku. Nie musieliśmy się spieszyć , bo lot mieliśmy dopiero w południe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy nadeszła odpowiednia pora, miły pan z recepcji zawiózł nas na lotnisko. Port lotniczy w Cusco jest mały, kameralny, a zarządzający nim ludzie są bardzo odpowiedzialni i zorganizowani. Odpowiedzialność przejawia się zawieszonymi w każdym możliwym miejscu ostrzeżeniami, że lotnisko nie odpowiada za różnego rodzaju opóźnienia i problemy, bo lotnisko jest położone na wysokości 3000m w trudnym terenie i warunki środowiskowe mogą uniemożliwić przeloty. Wiecznie spóźniające się linie lotnicze (takie jak AeroCondor, czy też brazylijskie syfy) muszą lotnisku sporo płacić za takie usprawiedliwienie, które można zawsze wykorzystać. Z kolei organizacja jest najlepiej widoczna w sposobie pobierania podatku lotniskowego. W większości cywilizowanych krajów na świecie (nawet w Brazylii) jest on doliczany do ceny biletu. W prawie całej Ameryce Południowej jest płacony oddzielnie. Fabiano kiedyś tłumaczył nam, że to dlatego, że linie lotnicze nie płaciły lotnisku, gdy podatek wliczany był w cenę biletu. Niemniej jednak można to zrobić w innym sposób niż w Cusco, gdzie płaci się dokładnie po przeciwnej stronie lotniska niż gdzie znajduje się check-in. Przynajmniej każdy podróżujący dokładnie zwiedzi terminal.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do Limy lecieliśmy Airbusem 319 LAN Peru. Był to zdecydowanie najlepszy samolot, jakim kiedykolwiek lecieliśmy. Nowoczesny, wygodny, z odpowiednią temperaturą (w takich boeingach to zawsze albo za ciepło, albo za zimno). I do tego obsługa miła, moiąca perfekcyjnym angielskim i jedzenie - prawie jak normalne. Godzinny lot upłynął szybko i miło w towarzystwie kanadyjskiej ukrytej kamery, która leciała na ekranikach zwisających z sufitu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pogoda była przepiękna i lot nad górami należy do niezapomnianych przeżyć. Gapić się na powoli przesuwający się krajobraz można na dobrą sprawę bezustannie. Kamieniste, pustynne szczyty i doliny, pomiędzy którymi ciągną się wstęgi dróg łączące samotne miasteczka są naprawdę niesamowite. I te zapomniane przez wszystkich wysokogórskie kotliny z jeziorkami, granatową taflą wody. Wspaniałe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miałem ogromną ochote zobaczyć Limę z powietrza. Niestety nie dane mi to było. Całe miasto spowite było gęstą mgłą i niskimi chmurami. Kłęby znad oceanu zatrzymały się na górach za miastem. Wiatr nie był ich w stanie przepchać nad łańcuch górski i rozwiać. Przez całe 3 dni. Zastanawialiśmy się ile w tym wszystkim smogu, a ile pary, ale nie doszliśmy do żadnych konkretnych wniosków. Niemniej jednak po serii dni z ładną pogodą, atmosfera w Limie była dość przygnębiająca, a wilgotne powietrze znad równikowego oceanu wymieszane z samochodowymi spalinami średnio pomagało naszym płucom, które przez tydzień przywykły do wysokogórskiej atmosfery.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Atmosferę wielkiego, siedmiomilionowego miasta poznaliśmy już na lotnisku. Gdy zamawialiśmy pokój w hotelu przez internet, jedną z opcji jakie pośrednik oferował był darmowy transport z lotniska do miejsca zamieszkania. Problem był taki, że nikt na nas nie czekał. Po krótkiej dyskusji zdecydowaliśmy się zadzwonić do hotelu i dowiedzieć się czy mamy czekać, czy próbować dostać się do nich na własną rękę. Gdy zajmowaliśmy się rozpracowywaniem aparatu telefonicznego, przyplątał się miły pan z informacji lotniskowej. Pokazał na swój służbowy identyfikator, uśmiechnął się i powiedział, że wszystko załatwi. Zadzwonił za nas do hotelu, pogadał z kimś po hiszpańsku, powymachiwał łapkami, ale dowiedział się wszystkiego, co trzeba. Otóż odbiorem z lotniska nie zajmuje się hotel, tylko jakaś firma transportowa, która nawaliła, nikogo nie przysłała, możemy ich zaskarżyć, ale jeśli nie chcemy siedzieć na lotnisku nie wiadomo ile, to najlepiej będzie, jak weźmiemy taksówkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy zdecydowaliśmy się na to drugiego pomógł nam znaleźć kierowcę i zaprowadził do taryfy. Nowe środowisko, nowy klimat, ale ostrożnym trzeba być. Nie spuszczałem z miłego pana oka, co doprowadziło do paru ciekawych obserwacji. Siedzieliśmy już wygodnie w aucie, panowie ładowali nasze walizki do bagażnika, dziewczyny rozmawiały. Kierowca zatrzasnął klapę i... zapłacił panu z informacji, po czym uścisnęli sobie dłonie. Nie był to koniec zaskoczenia, bo miły pan podszedł do szyby od strony pasażera, wsadził łapę przez otwarte okno i powiedział coś, czego nie zapomnę do końca życia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style: italic;"&gt;A teraz czekam na swój napiwek&lt;/span&gt; - miły pan.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Katarina była tak zaskoczona, że coś mu dała, facet się ukłonił i poszedł. Nic dziwnego, że się przyplątał. Musi mieć niezła pracę. Dostaje pensje + pieniądze od taksówkarzy za naganianie klientów + wymuszane napiwki. Pierwszy raz w życiu spotkałem się z upominaniem się o napiwek w tak bezpośredni i prostacki sposób. Jak się wkrótce okazało, nieostatni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z taksówkarzem mieliśmy z góry ustaloną cenę, więc w sumie nie przeszkadzało nam, że wiózł nas jakimiś opłotkami. Ba... Nawet nadmorską, albo raczej nadpacyficzną autostradą nas przewiózł. Po kilkudziesięciu minutach drogi znaleźliśmy się w hotelu. Dzielnica Miraflores, w którym się znajdował słusznie uważana jest za jedną z ładniejszych w Limie. Rozpakowaliśmy się i popołudnie spędziliśmy na spacerze po okolicy. Ponadto uzależniona od zakupów Katarina zaciągnęła nas do pierwszego od ponad tygodnia normalnego sklepu. Niestety wbrew oczekiwaniom ceny nie okazały się jakoś bardzo atrakcyjne. Boliwia strasznie nas pod tym względem rozpuściła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wiem jak dziewczynom, ale wieczorem bardzo mi brakowało filiżanki z liści koki. Podobno nie uzależnia, ale tak jakoś miałem ogromną ochotę się napić...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-116253135918338864?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/116253135918338864/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=116253135918338864' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116253135918338864'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116253135918338864'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/11/dzie-7-lan-peru.html' title='Dzień 7 - LAN Peru'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-116155726767052149</id><published>2006-10-23T00:22:00.000+02:00</published><updated>2006-10-24T04:23:26.096+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Peru Boliwia'/><title type='text'>Dzień 6 - Machu Picchu</title><content type='html'>Dzień zaczął się mocnym uderzeniem. Tym razem dla odmiany obudziliśmy się po piątej. Dokładnie 5.30. Poranek był wyjątkowo kwaśny, bo Aga nie mogła uskutecznić swojego codziennego prysznica, bo nie było ciepłej wody. Czasem nawet dobre hotele potrafią spłatać psikusa. W marsowych nastrojach udaliśmy się na stacje. Musieliśmy złapać pociąg &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Vistadome II&lt;/span&gt; o 7.00.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Może od początku... By dostać się do Machu Picchu należy pociągiem pokonać prawie 100km przez prawie całą Świętą Dolinę. Z Cusco do Aguas Callientes, zwanym popularnie Machu Picchu pueblo, jeździ codziennie kilka pociągów różnej klasy i ceny. Z wiosek, które leżą na trasie również można złapać jakiś pociąg. Generalnie opcji jest kilka, a wszystkie należą do cholernie drogich.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najtańszy pociąg z Cusco do Aguas Callientes kosztuje 68$. I jest to pociąg z drewnianymi ławkami w środku. Wybraliśmy opcję średnią za 105$ z normalnymi siedzeniami, przeszklonym dachem dla lepszych widoków i wliczonym w cenę skromny poczęstunkiem. Jest jeszcze pociąg specjalnym &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Hiram Bingham&lt;/span&gt;, który kosztuje 500$. I mowa jest tu oczywiście o podróży przez około 100km, która trwa 4h.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B60.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B60.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Widok za 100$ ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;Prawda jest jednak taka, że droga zapiera dech w piersi. Na początek stacja kolejowa. Jest to przeżycie dość ciekawe, gdyż obowiązuje na niej segregacja. Na turystów i nie-turystów. Ci pierwsi mogą korzystać z ogrzewanej, przestronnej poczekalni i eleganckiej kawiarni. Ci drudzy siedzą ściśnieci na dworze i czekają na swoje lokalne pociągi. Pociąg wygląda trochę jak polski express. Może trochę więcej miejsca na nogi. Na pewno nie wygląda to na rzecz, na którą wydaje się tyle pieniędzy, ile zdziera się z turystów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pociąg powoli rusza ze stacji i ślimaczym tempem pnie się pod górę pośród dzielnic nędzy. Po jakichś 10 minutach zatrzymuje się i zaczyna jechać do tyłu. Wrażenie jest takie, jakby musiał się odrobinę cofnąć by nabrać większego rozpędu. W końcu tak ledwo, ledwo pod tą górę wjeżdżał. Po chwili można się jednak zorientować, że pociąg ciągle jedzie pod górę, tym razem do tyłu. Otóż góra, którą musi pokonać by wydostać się z Cusco jest tak stroma, że nie dało się tam skonstruować serpentyn, już nie mówiąc o prostym podjeździe. Pociąg porusza się niczym spadający liść, tylko w drugą stronę. Wahadłowo pokonuje teren jadąc raz do przodu, raz do tyłu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B61.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B61.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Po kilku godzinach nawet najpiękniejsze krajobrazy stają się monotonne ::..&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;br /&gt;W ten sposób do Poroy pociąg jedzie przez 1,5h. Tę samą drogę można pokonać samochodem w 15 minut. No ale pociąg, to w końcu pociąg. Na początku wrażenia są bardzo nieciekawe. Krajobrazy wcale nie przypominają tych niesamowitych, na cześć których przewoźnik pieje peany. Ot, taka sobie zwykła peruwiańska dolina: łysa górka, jakieś domki, świnka, dzikie psy, lama, auto sprzed 25 lat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podróżowaliśmy z grupą Japończyków. Prezentowali się dość intrygująco. Zupełnie jakby dopiero co z biura wyszli, a marynarkę zamienili na sweter i krawat do tylnej kieszeni spodni schowali. Już na samym początku ichniejszy szef próbował negocjować coś z Katariną. Niestety nie byliśmy w stanie zrozumieć jego łamanego migowego. Po dłuższym namyśle wachlarz możliwości ograniczyliśmy do dwóch opcji: albo chciał się z nią zamienić na miejsca, albo chciał od niej kupić czapkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwszy przystanek dostarczył nam sporo wrażeń. Wszyscy Japończycy rzucili się do okien. Na pseudo-peronie stały tłumy peruwiańskich kobiet sprzedających różnego rodzaju pamiątki podróżnym. Handlowa żyłka okazała się silniejsza. Widok 1o małych Japończyków przeciskających różnego rodzaju torby i swetry przez równie małą szparę w oknie (nie dało się ich za bardzo otworzyć), a po tym jak pociąg ruszył wyrzucających rzeczy, za które nie zdążyli zapłacić na zewnątrz jest bardzo interesujący. Najbardziej zaintrygował jednak Kanadyjczyków, którzy na następnym przystanku uskutecznili podobne targowe zachowania. Ponadto byli głównymi klientami wózka z pamiątkami PeruRail i MachuPicchu Train. Kupili chyba 20 obrzydliwie wyglądających i obrzydliwie drogich czapek. Próbowaliśmy rozgryźć, czemu muszą te rzeczy kupować z peronu, a nie mogą na miejscu w jakimś sklepie, ale nie doszliśmy do żadnej sensownej odpowiedzi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po 2 godzinach drogi widoki stają się ciekawsze. Dolina się zwęża i pojawia się coraz to bujniejsza rośliność. Im niżej się zjeżdża (Aguas Callientes jest na wysokości 2030m ponad kilometr niżej niż Cusco) tym węziej i gęściej, góry strome i widoki ciekawsze. Tylko domki takie same.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do Aguas Callientes dojechaliśmy po 4h drogi. Wyszliśmy z pociągu i z ulgą powitaliśmy wilgotne, ciepłe powietrze. Rozglądaliśmy się po okolicznych górach szukając śladu Machu Picchu, ale nic nie dało rady się zobaczyć. Ruszyliśmy razem z tłumem zastanawiając się, co należy zrobić. Okazało się, że wszyscy idą do autobusów, które podwożą turystów pod wejście do ruin. Koszt 12$ w obie strony od łebka, odległość 8km. Przynajmniej busiki są mercedesa i mają klimatyzację. Jest ich kilkanaście, należą do jednej firmy i jeżdżą na okrągło. Niezły biznes.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Żeby dostać się do Machu Picchu należy objechać najbliższą górę i pokonać po drugiej stronie prawie 500m różnicy wzniesień. Wydaje mi się, że droga musiała wyglądać podobnie za czasów Inków, asfaltu nie widziała nigdy i najbardziej kojarzyła mi się z trasą, na której Kathleen Turner spotkała Michaela Douglasa w "Miłość, szmaragd i krokodyl". Mijanki z autobusikami jadącymi z naprzeciwka podnoszą poziom adrenaliny przynajmniej kilkukrotnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozglądaliśmy się wokół szukając najmniejszego śladu ruin, ale zamiast tego widać było jedynie okoliczne góry i otwierającą się to z jednej to z drugiej strony przepaść. Pocieszający był fakt, że busik nie spadł by zbyt nisko, bo na pewno ugrzązł by gdzieś po drodze w dżungli gęsto zarastającej zbocza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po 20 minutach zajechaliśmy na "parking". Miejsce wyglądało jak początek szlaku gdzieś w Bieszczadach. Poszliśmy do kolejki przy bramkach. Wstęp do Machu Picchu 40$ (dla studentów połowa). Przed wejściem tablica z 40 zakazami, takimi jak np. zakaz wnoszenia plastikowych butelek na teren obiektu. Po zakupie biletu należy swoje odstać w 10-minutowej kolejce, przejść kontrolę (te butelki) i już można ruszyć do środka. Nie wiem czemu, ale w Europie wszyscy sprawdzają mi dokumenty, czy na pewno mam 18, względnie 21 lat. Ciągle biorą mnie za młodszego. Tu jest dokładnie na odwrót. Pani koniecznie chciała zobaczyć moją kartę studencką, bo dla niej wyglądałem za staro.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po ruszeniu szlakiem w górę ciągle nie widać Machu Picchu. Niby jest się już na terenie obiektu, ale jedyne co widać to jakiś stary murek. Podeszliśmy pod niego i dalej nic, piękne widoki na góry, dolinę, chmury, ale ruin poza murkiem nie ma. Przeszliśmy przez dziurę i zaczęło się. Wrażenie naprawdę ciężko opisać. Miejsce jest przepiękne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B62.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B62.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Chwila odpoczynku po wspinaczce ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B63.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B63.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Machu Picchu, widok ogólny ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B64.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B64.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: I jak tu zapalić, kiedy ciągle wieje? ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B65.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B65.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Dzień dobry! ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;Obeszliśmy cały kompleks wokół, zajęło nam to niespiesznym krokiem jakieś 3 godzinki. Na początku mieliśmy plan by wspiąć się na górę widoczną za Machu Picchu na zdjęciach, ale w końcu zrezygnowaliśmy. Nie obyło się bez przygody. Gdy wspinaliśmy się jedną ze stromych uliczek w mieście Aga została zaatakowana przez wściekłą lamę. A konkretniej Aga prowadziła naszą wycieczkę, gdy zza węgła wyszła lama, poruszająca się w przeciwną stronę niż my. Ścieżka była wąska i na pewno byśmy się wszyscy na niej nie zmieścili. A że zwierzę ani myślało ustąpić, byliśmy zmuszeni wycofać się na z góry upatrzone pozycje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B66.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B66.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Lama BSE ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;Po tym mrożącym krew w żyłach wydarzeniu postanowiliśmy opuścić lokal. Decyzji naszej pomogły też... muszki. W Machu Picchu mnóstwo jest takich malutki owadów, które przysysają się do skóry i wypijają krew. Po ugryzieniu zostaje ślad w postaci małej kropki, która strasznie swędzi. Ponieważ zostaliśmy zdrowo pokąsani, zjechaliśmy (cało i szczęśliwie) do Aguas Callientes na obiad.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po posiłku pozostało nam powłóczyć się trochę po mieście czekając na pociąg. Gdy już dotarliśmy w końcu na stację i zadekowaliśmy się na pokład &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Vistadome II &lt;/span&gt;w kierunku Cusco okazało się, że Katarina dostała miejsce koło... bardzo żywotnego członka japońskiej grupy. Ponieważ facet przysiadł się dopiero, gdy pociąg ruszył, doszliśmy do wniosku, że trwało to tak długo, bo grupa ciągnęła słomki komu przypadnie szczęście siadnięcia obok naszej słowackiej przyjaciółki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy po 4h podróży i miłej przejażdżce taksówką (90% taksówek w Cusco, to samochody marki... Daewoo Tico. Nie wiemy, dlaczego akurat to malutkie autko jest tam tak popularne) z dworca do hotelu umyliśmy się, to na dobry sen obejrzeliśmy te fragmenty "Forresta Gumpa" (zdecydowanie najpopularniejszy film w południowoamerykańskich telewizjach), których jeszcze nie mieliśmy okazji zobaczyć, wypiliśmy po filiżance herbaty z liści koki i poszliśmy spać.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-116155726767052149?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/116155726767052149/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=116155726767052149' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116155726767052149'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116155726767052149'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/10/dzie-6-machu-picchu.html' title='Dzień 6 - Machu Picchu'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-116149105511477500</id><published>2006-10-22T06:23:00.000+02:00</published><updated>2006-10-23T00:22:34.266+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Peru Boliwia'/><title type='text'>Dzień 5 - Relaks</title><content type='html'>Cusco jest naj. Największym miastem inkaskiego imperium, archeologiczną stolicą obu Ameryk, najstarszym zamiszkałym miastem na kontynencie, a także najbardziej niebezpiecznym dla turystów miejscem w Peru (nie licząc paru wiosek w dolinie Rio Hullaga, gdzie 97% mieszkańców żyje z produkcji kokainy). Po odkryciu Machu Picchu stało się też jednym z najtłumniej odwiedzanych miejsc na świecie. W związku z tym w ostatnich latach przeszło gigantyczny proces dostosowawczy i przygotowało się na przybycie masy zwiedzających. Proces polegał głównie na dostosowaniu cen do standartów paryskich bulwarów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cusco jest dość stare. Poza pozostałościami inkaskiej cywilizacji, znajduje się tu masa pamiątek po konkwistadorach i kolonistach. Miasto rozrosło się do rozmiarów prawie półmilionowej metropolii i zajęło prawie że całą dolinę Cusco.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzień piąty naszej wyprawy postanowiliśmy poświęcić na relaks, spacery i drobne zakupy. Zaczęliśmy od odwiedzenia targu z pamiątkami, który jak żywo przypomina gliwicki GCH przed remontem. Od krzyków: "Amigo, amigo" można ogłuchnąć. Zakupić można tam różnego rodzaje nakrycia głowy, pięćset rodzajów poncho, koszulki, bibeloty, starocie, autentyczne antyki za dolara i obrazki słynnych w świecie peruwiańskich malarzy (3$). Problem jest w tym, że wszystkie rzeczy są naprawdę bardzo ładne. Z odległości 5m. Po podejściu bliżej okazuje się, że to wszystko jest bardzo badziewne. Naprawdę bardzo badziewne. Zresztą czego się można spodziewać po t-shircie za równowartość 6zł (a i tak pewnie przepłacone).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po pokręceniu się trochę w tej jakże nowoczesnej hali targowej udaliśmy się na spacer. W międzyczasie udało nam się kupić bilety na pociąg do Machu Picchu na następny dzień. Jako, że naprawdę nie mieliśmy nic konkretnego do roboty postanowiliśmy chłonąć peruwiańską kulturę każdym skrawkiem naszych ciał. Pewnie dlatego nie kupiliśmy pelerynek przeciwdeszczowych i popołudniu jedyny raz w ciągu całej wyprawy nas lekko zmoczyło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B59.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B59.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Peruwiańczycy są dumni ze swojej przeszłości. Narodowa odmiana Polo Kokty ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;Centrum historyczne wygląda dość uroczo. Widoki są bardzo urodziwe. Niestety co jakiś czas są przesłaniane przez tubylców, którzy za wszelką cenę chcą Ci pomóc, wyczyścić buty, albo sprzedać marihuanę. W Boliwii wystarczyło było kiwnąć głową i powiedzieć nie. W Cusco podobną czynność należy wykonać 2-3 razy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po długim spacerze wróciliśmy do naszego przytulnego hotelu, a wieczorem pojechaliśmy na kolację do centrum. Po długich namowach Katariny zgodziłem się wreszcie spróbować narodowego specjału - Inca Koli. W Peru delektują się tym wszyscy. Chcieliśmy spróbować, ale kolorystyka tego napoju bogów przypominająca... różne nieciekawe ciecze bardzo nas odstręczała. Okazało się, że smakuje jak rozpuszczone w wodzie cytrynowe landrynki nasączone dwutlenkiem węgla i połową tablicy Mendelejewa. Nawet niezłę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wieczorem dooglądaliśmy te części "Forresta Gumpa", których nie widzieliśmy dnia poprzedniego i poszliśmy wypocząć przed podróżą, czekającą nas następnego dnia.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-116149105511477500?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/116149105511477500/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=116149105511477500' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116149105511477500'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116149105511477500'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/10/dzie-5-relaks.html' title='Dzień 5 - Relaks'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-116146591150459022</id><published>2006-10-21T19:14:00.000+02:00</published><updated>2006-10-22T06:20:40.630+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Peru Boliwia'/><title type='text'>Dzień 4 - Inka Express</title><content type='html'>- &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Mały port Puno jest jednym z najepszych punktów wypadowych na różne wyspy jeziora Titicaca albo do archeologicznych punktów w okolicy. Jest również stolicą departamentu Puno. Zostało założone 4 listopada 1668 roku niedaleko obecnie już nie działającej kopalni srebra nazywanej Layakota. Pozostało w nim parę kolonialnych budynków a wąskie, klaustrofobiczne uliczki są zatłoczone trójkołowymi taksówkami i straganami obsługiwanymi przez lokalne kobiety ubrane w tradycyjne wielowarstwowe stroje i meloniki.&lt;/span&gt;* - Lonely Planet&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style: italic;"&gt;O ja cię... ale dziura&lt;/span&gt;. - Katarina&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Może i Puno jest najlepszym miejscem wypadowym. Może i lokalne przekupki dodają wiele kolorytu, a folklor jest ciekawy. Ale poważnie, takiego brzydkiego, brudnego i biednego miasta nie widzieliśmy w trakcie całej naszej wyprawy. Nawet biedne dzielnice La Paz ze świniami łażącymi po chodnikach wyglądały sympatyczniej. Jacy byliśmy szczęśliwi, że nie zdecydowaliśmy się zostać tu dłużej niż jedną noc.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rano zjedliśmy szybko śniadanie i wybraliśmy się taksówką na stację autobusową, gdzie czekał na nas Inka Express - autobus łączący Puno i Cusco. Jest to autobus specjalny, ponieważ oprócz przewzou na tej trasie dostaje się w cenie obiad i zwiedzanie atrakcyjnych miejsc po drodze. Bardzo ciekawa opcja dla tych, którzy chcą coś zobaczyć i mogą spędzić cały dzień w podróży.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B51.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B51.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Bye, bye Puno. W tle Titicaca ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Wyruszyliśmy o 9 rano zostawiając za sobą jezioro i zatokę Puno. Czy wspominałem już, że miasto jest bardzo brzydkie? Wspinaliśmy się po otaczających jezioro wzgórzach. Co ciekawe zawsze, gdy czytałem coś o jeziorze Titicaca, o tym, że to najwyżej położone spławne jezioro, że leży w sercu Andów, to wyobrażałem sobie ciemnobłękitną taflę jeziora otoczoną górskimi, stromymi szczytami. A tak naprawdę to otaczają je takie górki-burki. Tu jakieś wzgórze, tam następne. W sumie racja. Jezioro ma taflę położoną na wysokości 3812m n.p.m. Nawet jak górka jest prawie pięciotysięcznikiem i tak nie wywyższa się bardzo ponad powierzchnię wody.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Droga była wybitnie peruwiańska. Zanim się zatrzymaliśmy na pierwszym postoju w wiosce noszącej dumną nazwę Pucara. Był tam stary kościół i jakieś muzeum epoki bardzo dawnej. Naszła nas ciekawa refleksja w środku. Każdy kamień liczący kilka tysięcy lat obrobiony przez człowieka wygląda tak samo. Niezależnie od tego gdzie się znajduje. Pewno mieli jakąś globalną sieć dystrybucji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B52.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B52.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: A za rogiem El Mariachi, Pucara ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;W wiosce mieliśmy pierwsze spotkanie z peruwiańskimi psami. Wybiedzone półdzikie zwierzęta przyplątały się, gdy na schodach przy głównym placu jadłem śniadanie. Otoczyły mnie wianuszkiem i zahipnotyzowane patrzyły na moje jedzenie. I praktycznie w każdym miejscu tak było. Gdziekolwiek nie wyciągnęliśmy czegoś do jedzenia, momentalnie byliśmy otaczani przez gromadę obłąkanych psów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najlepsze w Pucarze jest jednak to, że wygląda jak Meksyk z amerykańskich filmów. Pustynia spalona słońcem, zakurzone uliczki, bosonogie dzieciaki biegające wokół. Jeśli to miasteczko tak wygląda, to ciężko mi sobie wyobrazić, jak meksykański musi być sam Meksyk.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cusco, do którego zmierzaliśmy znajduje się na wysokości 3326m n.p.m. Zanim jednak tam dotarliśmy musieliśmy się wspiąć trochę wyżej. Dokładnie na wysokość 4335m n.p.m. Zatrzymaliśmy się na przełęczy, której nazwa zaginęła w morzu papierów przywiezionych z podróży. Obok drogi powstał żwirowy parking, na którym zatrzymywali się wszyscy przejezdni i robili sobie zdjęcia z pamiątkową tablicą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B54.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B54.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Pamiątkowe zdjęcie z pamiątkową tablicą ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;Jako, że miejscówka była dość popularna to można było kupić na straganach rozłożonych na terenie całego parkingu mnóstwo badziewnych pamiątek i kawałków ubrań z wełny lamy albo alpaki, a najczęściej z bawełny i poliestru. Chętni mogli też zrobić sobie zdjęcie z lamą albo alpaką przywiązaną postronkiem do znaku. Wszystko płatne, pełen kapitalizm. Całe szczęście, że oddychać można było za darmo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B55.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B55.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Czemu my nie mamy takiego ruchu na drogach?? ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;Z tego miejsca rozpoczęliśmy zjeżdżanie w dół. Im niżej byliśmy tym dolina była ładniejsza. Po pewnym czasie pojawiły się nawet drzewa na zboczach, które okazały się być eukaliptusami. Zostały one tu sprowadzone dwa wieki temu z Australii i znakomicie się przyjęły. Przydają się, jeśli chodzi o wzbogacanie powietrza w tlen. Są podobno bardzo skuteczne. Niemniej jednak poprzez spore magazynowanie wody w sobie wysuszają ziemię. Koniec końców nie wiem, czy Peruwiańczycy je lubią, czy nie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Następny przystanek miał miejsce w miasteczku Sicuani, gdzie zjedliśmy obiad. Postój nie wsławił się niczym szczególnym poza zorientowaniem się w jaki sposób pewne rzeczy są w Peru reklamowane. Już nigdy więcej nie będę narzekał na te ogromne billboardy i płachty przesłaniające budynki w Warszawie. Obiecuję...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B56.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B56.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Reklama dźwignią handlu ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;Po kilku godzinach jazdy i zwiedzania podróż robiła się powoli męcząca. Każdy kolejny przystanke witaliśmy z mniejszą radością. 40-minutowy postój w Raqchi, gdzie znajdowało się jedno ze świętych miejsc Inków, a obecnie znajduje się wioska, w której mieszka 100 osób opiekujących się pozostałościami i przebierających się na co dzień za Indian. Z nieba lał się żar, a przewodnik rozwodził się na ilością magazynów, w których trzymano dary przekazywane przez pielgrzymów. Nerwy napięte jak postronki i jeszcze starszyzna wycieczki przedłuża wszystko pytaniami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style: italic;"&gt;W tych dużych domach mieszkali kapłani.&lt;/span&gt; - przewodnik&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;- Przepraszam, a kto mieszkał w tych dużych domach?&lt;/span&gt; - konwent seniorów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Frustracja sięgała zenitu. I jeszcze za toalety sobie kazali tam płacić. Jak za zboże.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B57.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B57.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: O jedno zdjęcie za daleko ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;Ostatni przystanek był celem zwiedzenia kościołu św. Piotra. Całkiem przyjemne miejsce. Najlepsza jednak była nazwa miasteczka - Andahuaylillas, nie mylić z Andahuyalas, które jest na zachód od Cusco.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Im bliżej zbliżaliśmy się do pradawnej stolicy cywilizacji Inków, tym dolina robiła się ciekawsza. Góry stawały się optycznie wyższe, teren się zazieleniał, domki, które na początku były robione z błota i kryte słomą, potem wyglądały na ceglane i kryte blachą falistą, ustępowały miejsca normalnym murowanym budynkom ze śliczną czerwoną dachówką.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B58.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B58.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Ciągle w podróży ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;Cusco co prawda nie sprawiło najlepszego wrażenia, ale było dużo dużo lepsze od Puno. Gdy dotarliśmy na miejsce, czekał już na nas pan z hotelu. Zawiózł nas z bagażami na miejsce. Torre Dorada jest hotelem rodzinnym. Ze wszystkimi wadami i zaletami tego stanu rzeczy. Jest malutki, pokoje sa przytulne, obsługa jest jak rodzina, łatwo się zaprzyjaźnić z innymi gośćmi, no ale nie było gdzie zjeść kolacji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pojechaliśmy w związku z tym coś zjeść do miasta. Zabraliśmy ze sobą Grace - Angielkę, z którą zapoznaliśmy się w recepcji. Grace była w Peru od pięciu tygodni. Przyjechała tu na zasadzie wolontariatu uczyć angielskiego. Po hiszpańsku mówiła gorzej niż ja, ale jakoś sobie dawała radę. Przez całą kolację opowiadała nam, jak żyła u peruwiańskiej rodziny i żywiła się kartoflami z ryżem. Wieczór upłynął nam miło i sympatycznie, a centrum Cusco by night okazało się uroczym miejscem. Pomieszaniem wystroju włoskich miasteczek z nastrojem alpejskich wiosek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przed spaniem obejrzeliśmy jeszcze "Forresta Gumpa", choć każde z nas w innej części i wypiliśmy tradycyjną herbatkę z liści koki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;* Tłumaczenie własne.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-116146591150459022?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/116146591150459022/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=116146591150459022' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116146591150459022'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116146591150459022'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/10/dzie-4-inka-express.html' title='Dzień 4 - Inka Express'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-116144577537871397</id><published>2006-10-21T16:40:00.000+02:00</published><updated>2006-10-21T23:48:02.356+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Peru Boliwia'/><title type='text'>Dzień 3 - Przygoda</title><content type='html'>3 dzień południowoamerykańskich wojaży zaczęliśmy mocnym akcentem. Zadzwoniłem do recepcji i umówiłem się z lekarzem. Jakbym miał nóż przy sobie to bym sobie wyciął gardło. Ale nie miałem w związku z tym zanim pani doktor przyszła nas zbadać wybraliśmy się turystycznym autobusem na wycieczkę po mieście.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeździliśmy sobie przez 1,5h po La Paz oglądając miejsca, które poprzedniego dnia na piechotę odwiedziliśmy i dotarliśmy do miejsc, których z racji sporej odległości od miejsca zamieszkania nie daliśmy rady zobaczyć. Czerwony odkryty dwupokładowiec rodem prosto z Londynu doskonale radził sobie radę w ulicznym ruchu. Pewnie z racji sporej masy. Mieliśmy kilka bliskich spotkań z wszechobecnymi kablami (tak... W La Paz wszelkie przewody wiszą nad ulicą, nic nie jest zakopane w ziemi). Gdyby Agnieszka była o 2cm wyższa, to by pewnie została oskalpowana.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B44.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B44.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Typowa ulica w La Paz ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;Na szczęście jest niższa i ciągle możemy cieszyć się jej śliczną fryzurą, która wielu autochtonów wprawiała w spore zdziwienie. Najbardziej szokowała jednak Katrina, która ze swoja brązową torebką i bucikami od Louis Vuitton robiła prawdziwą furorę wśród męskiej części tubylców. Każdy uważnie taksował ją od stóp do głów, co 2 nie mógł się powstrzymać od odwrócenia się w jej stronę, a z co trzeciej piersi dobywało się głośne westchnienie lub cichy gwizd. Czasami były chwile, że czuliśmy się jak obstawa jakiejś hollywoodzkiej gwiazdy...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B48.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B48.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Typowy korek w La Paz ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Po wycieczce wróciliśmy do hotelu. Spakowaliśmy się i poczekaliśmy na lekarza. O 13 przyszła bardzo miła pani, która mówiła po angielsku, zbadała mnie po czym oświadczyła, że nic mi nie jest, troszkę mam gardło podrażnione. Dała mi jakieś witaminy, kazała dużo pić i skasowała 20$. Ale miałem ochotę wyrzucić ją przez okno. Zwłaszcza, że fatalnie się czułem. No ale cóż, poszliśmy na obiad, bo o 16 trzeba było iść na autobus.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wymeldowaliśmy się z hotelu i podjechaliśmy na terminal autobusowy. Odszukaliśmy stanowisko przewoźnika - Grupo Ormeno. Poprzedniego dnia jak kupowaliśmy bilety kazali przyjść pół godziny wcześniej i odebrać wejściówki na pokład. Zapłaciłem banknotem 100$ za trzy bilety, ale pani nie chciała go przyjąć bo... w jednym miejscu był lekko naderwany. Zrobiła taki cyrk, że szkoda gadać. Już wtedy powinniśmy się byli domyśleć, że coś z tą firmą będzie nie tak.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przybyliśmy na miejsce jak kazali. Stanowisko było opustoszałe, tylko jeden chłopak coś się kręcił w środku. Udzielił nam wyczerpujących informacji na temat naszej podróży. Autobus, którym mieliśmy jechać miał przyjechać z Limy. Niestety zepsuł się po drodze. Wysłano drugi, który nie był w stanie wjechać na jakąś przełęcz. Z kolei trzeci został zatrzymany po drodze, bo były jakieś problemy z dokumentami pasażerów. Sumaryczne opóźnienie - 18 godzin. A my tego samego wieczora musieliśmy być w Puno. Oczywiście wszystkie inne autobusy zdążyły już pojechać. Chłopak z Grupo Ormeno oddał nam pieniądze za bilety i powiedział, że możemy pojechać taksówką do granicy (120km) i później od granicy taryfą do Puno (kolejne 120km). Ocenił, że koszt będzie mniej więcej taki sam jak biletu autobusowego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Popatrzyłem na obie towarzyszące mi dziewczynki, potem na te walizki, które tachaliśmy (nie udało nam się w końcu załatwić sobie plecaków) i stwierdziłem z bólem serca, że zostaniemy jedną noc dłużej w La Paz. Będzie drożej bo zapłacimy za hotel tu i za rezerwację w Puno, no ale trudno. Tak widocznie musi być. Nie po raz ostatni dziewczyny mnie zaskoczyły w trakcie tej wyprawy. Odwróciły się do mnie i z uśmiechem na ustach powiedziały: "To co, jedziemy, nie?". Przy takiej postawie nie mogłem odmówić. Wsiedliśmy do taksówki i zostaliśmy zawiezieni do miejsca, gdzie startują dalekobieżne taryfy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z duszą na ramieniu (a przynajmniej ja) wsiedliśmy do auta w dzielnicy Cementario (jakiś zły omen, czy co). Kierowca chciał 3$ od osoby za zawiezienie do granicy (120km jak już wspomniałem) i oprócz naszej trójki do swojego nissana chciał wsadzić jeszcze dwie osoby. Powiedzieliśmy mu, co o tym myślimy i cena skoczyła do astronomicznych 5$ od łebka. Ale przynajmniej mieliśmy pewność, że nikt się nie dosiądzie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B49.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B49.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Boliwijskie płaskowyże ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Ruszyliśmy szybko w kierunku granicy. Musieliśmy się wyrobić w 2,5h bo o 19 wieczorem zamykają granicę. Nie uśmiechało nam się nocowanie w przygranicznym Desaguadero. Zanim kierowca wywiózł nas z La Paz i El Alto przeżyliśmy chwile grozy. By uniknąć korzystania z płatnej autostrady w kierunku lotniska używał skrótów, od których jeżył się włos na głowie. Jakieś zakazane dzielnice, uliczki nad przepaścią. Brr...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy już wyjechaliśmy z miasta odetchnęliśmy z ulgą. Do czasu. Taksówkarz okazał się demonem prędkości. Rzadko kiedy schodził poniżej III kosmicznej, wyprzedzał na podwójnej ciągłej, zakrętach, zwężeniach, pod górkę. Jak z naprzeciwka jechał akurat jakiś tir, to włączał długie światła, dawał po klaksonie i ani myślał zjeżdżać. Otuchy nie dodawał fakt, że facet co 3 minuty robił znak krzyża i praktycznie całą drogę mamrotał pod nosem różne modlitwy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Boliwijskie pięciotysięczniki wyglądają po trochu jak połoniny bieszczadzkie. Łyse, kamienisto-trawiaste i wydają się podobnej wysokości. Pewnie dlatego, że podnóża gór znajdują się na wysokości ponad 4000m n.p.m. Ziemia jest starsznie sucha. Łańcuch Andów odgradza pustynne płaskowyże od mokrych dżungli po drugiej stronie. Cały deszcz, który zbiera się nad lasami spada i zatrzymuje się w górach. Na wysokie równiny rzadko kiedy spada kropla deszczu. W życiu nie widziałem takich chudych krów jak w Boliwii. Można spokojnie liczyć im żebra. Spore wrażenie robią również stada kudłatych owiec, które pasą się wymieszane z lamami i alpakami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przy okazji dowiedzieliśmy się ile kosztuje benzyna w Boliwii. O dziwo stacja benzynowa, na którą zjechaliśmy wyglądała w miarę normalnie. Cena litra benzyny to około 1,5PLN. Problem w tym, że oni są jeszcze na etapie benzyn 84 i 90 oktanowych. Lepszych nie uświadczysz. Niemniej jednak ceny są bardzo ciekawe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po niespełna dwugodzinnej podróży wylądowaliśmy w Desaguadero na granicy boliwijsko-peruwiańskiej an jeziorem Titicaca - najwyżej na świecie położonym spławnym jeziorem. Od razu po wyjściu z taksówki zostaliśmy otoczeni przez tłum pomagaczy i informatorów. Udaliśmy się do budynku z napisem "Immigration", zostaliśmy otaksowani wzrokiem przez średniomiłego pana oficera i dostaliśmy pieczątkę zezwalającą na opuszczenie Boliwii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niczym jacyś uchodźcy przeszli most pomiędzy oboma krajami. Z małymi podróżnymi plecakami i walizkami ciągniętymi za sobą zdecydowanie wyróżnialiśmy się wśród innych przekraczających granicę. Po drugiej stronie poszliśmy do drugiego urzędu imigracyjnego. Sprawnie wypełniliśmy wszelkie potrzebne dokumenty i wystarczyło tylko znaleźć taskówkę do Puno. Aga poszła się wypytać ile taka taksówka powinna kosztować. Uśmiechnęło się do nas szczęście i udało nam się znaleźć chętnego kierowcę i pierwszego przyjaciela w podróży. Było to naprawdę szczęśliwe spotkanie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szefem urzędu imigracyjnego w Desagudero jest Sr. Vargas (nie ma nic wspólnego z Getulio Vargasem). Okazało się, że pan Vargas kończy zmianę i mieszka w miejscowości 40km przed Puno, więc się chętnie z nami zabierze. Jako, że już się ściemniało, to takie towarzystwo było bardzo pożądane. Okazało się, że pan Vargas studiował kiedyś ekonomię przez pewien czas, ale coś mu nie wyszło i chyba studiów nie udało mu się skończyć. Niemniej jednak przez połowę drogi rozmawialiśmy o tym, z jakich wspólnych książek się uczymy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Drogę oświetlał nam księżyc w pełni. Dla ścisłości największy i najbardziej wyraźny księżyc jaki w życiu widzieliśmy. Po drugiej stronie jeziora szalała burza i horyzont co jakiś czas był rozświetlany przez błyskawice. Niesamowitości podróży dodawał stan peruwiańskich dróg. Jeśli w Boliwii były one w miarę dobrej jakości, to w Peru okazało się, że droga krajowa wcale nie musi być pokryta asfaltem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B50.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B50.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Największa stacja benzynowa w Desaguadero. Butelki po Coli służą do odmierzania mniejszych pojemności takich jak np. 1 litr ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;Po miłej pogawędce wysadziliśmy Sr. Vargasa w jego miasteczku i popędziliśmy dalej. Nie ujechaliśmy 3 kilometrów, gdy oczom naszym ukazał się następujący widok. Policia Transito ustawiła blokadę. Przed nami stał mały busik, a oficerowie wyrzucali bagaże ze środka i zajmowali się ich dokładnym przeszukiwaniem. Odżyły wspomnienia z historii przewodnikowych o policjantach zabierających turystom dolary pod zarzutem, że są fałszywe (dolary oczywiście). Zanim podjechaliśmy szybko schowałem moją gotówkę do wewnętrznej kieszeni kurtki licząc, że nie będą zbyt dokładni. Zresztą szczerze mówiąc nie byłem w stanie się zestresować. Poziom napięcia w tracie wyprawy związany z przygodami, nowym, nie do końca bezpiecznym otoczeniem osiągnął taki poziom, że już mi było wszystko jedno. Poza tym strasznie musiałem skorzystać z toalety, a Katarina desperacko patrzyła za jakimś postojem by zapalić papierosa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zatrzymaliśmy się przed blokadą. Podszedł do nas wąsaty oficer. Aga mówi, że gotówkę uratowało nam to, że kierowca błyskawicznie powiedział, nawet zanim policjant się odezwał, że robi przysługę Sr. Vargasowi z urzędu imigracyjnego. Tylko i wyłącznie dlatego nas wiezie. Ale tak naprawdę po usłyszeniu tych słów policjant zajrzał do środka. Spojrzałem mu wtedy głęboko w oczy i wysłałem wiadomość do jego mózgu, co się z nim stanie, gdy spróbuje jakichś numerów. Wyraźnie widać było, jak nogi się pod nim ugięły. Poprosił tylko kierowcę na kontrolę dokumentów, przyjął łapówkę i puścił nas. Podczas gdy kierowca negocjował wysokość odstępnego, stwierdziłem, że idę w krzaki, a Katarina powiedziała, że wyskoczy na chwilę na fajkę. Aga szybko nas zwymyślała, doprowadziła do porządku i kazała siedzieć w środku i się nie ruszać. Dzielna dziewczynka przejęła dowodzenie i nas ustawiła na miejscach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po tej krótkiej przygodzie ruszyliśmy dalej do Puno. Na miejscu okazało się, że w mieście są dwie ulice o tej samej nazwie, więc trochę się pokręciliśmy zanim znaleźliśmy nasz nocleg. Hotel Quelqatani znajduje się w centrum Puno i szczerze mówiąc w środku wygląda jakby żywcem był przeniesiony z Zakopanego na wysokość 3830m n.p.m. Ładny, przytulny, górski.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zjedliśmy niewielką kolację, zamówiliśmy bilety na autobus następnego dnia do Cusco, wypiliśmy po filiżance (albo trzech) herbatki z liści koki - bardzo smaczna i łagodzi objawy choroby wysokościowej - po czym poszliśmy spać.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-116144577537871397?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/116144577537871397/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=116144577537871397' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116144577537871397'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116144577537871397'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/10/dzie-3-przygoda.html' title='Dzień 3 - Przygoda'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-116144104250332387</id><published>2006-10-21T16:23:00.000+02:00</published><updated>2006-11-04T22:40:12.306+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Peru Boliwia'/><title type='text'>Dzień 2 - Adaptacja</title><content type='html'>Największym wrogiem turysty w Boliwii oprócz biegunki, tyfusu, żółtej febry, natrętnych sprzedawców i plujących lam jest choroba wysokościowa. Dotyka ona tego, kto zostanie gwałtownie przeniesiony na wysokość ponad 2500m. Im wyżej tym gorzej i na dobrą sprawę każdy ją odczuwa. Jedni w mniejszym, inni w większym stopniu. Ciekawym jest fakt, że ogólna kondycja nie ma żadnego wpływu na sposób w jaki znosi się objawy. Można być niezwykle wysportowanym i paść trupem po przybyciu do La Paz. Najlepszym dowodem nich będzie sposób w jaki my to przeżyliśmy. Adze, która góry w życiu widziała może dwa razy, dokuczało co najwyżej mrowienie w palcach, Katarina - nałogowy palacz, jakieś 1,5 paczki dziennie trzymała się dzielnie i tylko trochę ją głowa bolała, a ja stary narciarz, miałem się najgorzej. Co prawda nie traciłem oddechu i nie czułem mrowienia, ale mój układ trawienny przestał współpracować na tej wysokości. No cóż, zdarza się. Na szczęście nauka wymyśliła mocne leki, które pozwalają przezywciężyć związane z tym przypadłości...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: center"&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: left"&gt;Pierwszy dzień naszej wyprawy postanowiliśmy spędzić w La Paz by przyzwyczaić się do wyokości i w razie czego mieć hotel pod ręką. Wszyscy nas bardzo starszyli chorobą wysokością, więc lepiej było dmuchać na zimne. Wilk okazał się mniej straszny niż go malują, ale bardzo interesujący. W przewodniko-poradnikach jest wszędzie napisane, że w Boliwii należy: "mało jeść i chodzić powoli". Zdanie to powtarza się nader często i jest mało warte. Na tej wysokości ani się nie da dużo jeść, ani się nie da szybko chodzić. I nie da się długo spać. Obudziliśmy się o piątej nad ranem. Mniej więcej wszyscy o tej samej porze. Nie dało się zasnąć z powrotem. Nie to, żebyśmy byli wypoczęci, ale zwyczajnie nie chciało nam się spać.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B43.jpg"&gt;&lt;img style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; CURSOR: pointer; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B43.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Widok z hotelowego pokoju ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Mieliśmy zapewnione śniadanie w Radissonie. Jedne z najprzyjemniejszych śniadań w życiu. Był nawet na miejscu do dyspozycji kucharz, który ze wskazanych składników robił omlety. W pełnym rozkoszowaniu się śniadaniem przeszkadzał tylko jeden fakt. Po omlecie byliśmy tak najedzeni, że już na nic nie mieliśmy ochoty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po śniadaniu stwierdziliśmy, że czas zacząć zwiedzanie. Zabraliśmy nasz przewodnik Lonely Planet. Znajduje się w nim jedna trasa wycieczkowa po La Paz, którą postanowiliśmy przejść. Zajęło nam to dokładnie pół dnia. Bardzo łatwo zauważyć turystę na trasie - wyróżniają ich 2 rzeczy. Pierwsza to buty. Boliwijczycy łażą w czym popadnie, a 99% turystów ma na sobie w środku miasta buty trekkingowe. Druga rzecz to fakt, że każdy turysta jakiego spotykaliśmy trzymał w łapce dokładnie ten sam przewodnik co my...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: center"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B46.jpg"&gt;&lt;img style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; CURSOR: pointer; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B46.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Wiedźmi rynek w La Paz ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Po sprawdzeniu jak wyglądają najciekawsze miejsca w La Paz, takie jak katedra, kościół św. Franciszka, pałac gubernatora, pałac prezydencki, pałac sprawiedliwości (oni tam wszystko nazywają pałacami - i wszystko jest bardzo podobne do siebie, różni się tylko kolorami i mundurami strażników), wiedźmi rynek, na którym można kupić wszystko (od pamiątek, poprzez liście koki i zasuszone truchła zwierzątek, kończąc na magicznych talizmanach), poszliśmy na obiad. W drodze do hotelu zatrzymaliśmy się w jakimś ładnie wyglądającym miejscu i znowu nie byliśmy w stanie dużo zjeść.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wróciliśmy do hotelu i popołudniem pojechaliśmy na stację autobusową. Musielśmy kupić bilet do Puno w Peru na następny dzień. Wszyscy mówili, że nie ma z tym problemów i faktycznie: przybyliśmy, zobaczyliśmy i kupiliśmy bilet na całkiem przyzwoity autokar. Wyjazd następnego dnia o 16 i o 9 wieczorem jesteśmy w Puno.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadowoleni wróciliśmy do hotelu i poświęciliśmy wieczór na korzystanie z dobrodziejstw dostarczanych przez naszego gospodarza takich jak basen, sauna i kablówka... Ponadto mieliśmy okazję oglądać z okien hotelu indiańskie tańce, które miały miejsce na boisku od koszykówki po drugiej stronie ulicy. Bardzo interesujące, prawie jak ci indianie na Metro Centrum w Warszawie. Co prawda po 4 godzinach ciągłego bicia w bębny i rzępolenia na fujarkach zacząłem się zastanawiać, czy po otwarciu okna dorzucę tam jakąś butelką, ale pokaz był naprawdę imponujący.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kilka ciekawych obserwacji na temat La Paz:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- W stolicy Boliwii nie istnieje publiczny transport. Nie jeżdżą zwyczajne autobusy. Wszystko odbywa się za pomocą prywatnych taksówek. Są dwa rodzaje takich pojazdów. Zwyczajne i małe busiki (vany). Pierwsze wyglądają tak jak w Europie 20 lat temu, tylko nie mają taksometrów. Przed wejściem do środka negocjuje się z kierowcą cenę za dojazd we wskazane miejsce (15-minutowa droga na terminal autobusowy kosztowała nas 8Bs. 1 bolivianos(prawda, że ładna nazwa waluty?) to równowartość około 0,30PLN). Problem jest tylko taki, że jeśli się na samym początku nie zaznaczy, że chce się mieć taryfę prywatną, to kierowca wpuści do środka tyle osób by było pełno. Druga opcja jest dużo ciekawsza. Przejazd na dowlonej trasie kosztuje 1Bs. Wygląda to mniej więcej tak. W busiku obsługę stanowią dwie osoby. Kierowca i naganiacz. Pierwszy jak sama nazwa wskazuje zajumje się dostarczeniem pasażerów w odpowiednie miejsce. Drugi stoi w trakcie drogi w otwartych bocznych drzwiach i drze się na całą ulicę, dokąd pojazd jedzie i ile jest wolnych miejsc w środku. Jak ktoś jest zainteresowany tą właśnie trasą to zatrzymuje busik i wsiada. Proste, prawda? Efektem tego jest to, że ulice są strasznie głośne. Zewsząd dobiegają różne nawoływania, a ponadto Boliwijczycy klaksonu używają do ozdoby i udowodnienia, że auto jeszcze działa. Każdy szanujący się kierowca trąbi przynajmniej raz na minutę. Nawet jeśli nie musi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- W La Paz sklepy są rzadkością. Stanowią one może taki procent handlu jak w Europie sklepy z luksusowymi markami. Cały handel odbywa się na ulicy. Uliczne stragany i stoiska zaopatrują człowieka we wszystko. Najlepsze są małe pudełka wielkości budek telefonicznych, odpowiedniki polskich kiosków (i z tym samym asortymentem i ilością produktów. Nawet sprzedawca jest tam wciśnięty nie wiadomo jakim cudem). Są one też odpowiednikiem budek telefonicznych. Na malutki stojaczku przykuty łańcuchem jest telefon, od którego ciągnie się kabel to sieci kabli zawieszonej nad ulicą. Jak ktoś chce, to podchodzi i zaczyna dzwonić, a sprzedawczyni stoperem mierzy czas rozmowy. Ceny są umowne. Różnice dochodzą do 100% za ten sam produkt na stoiskach znajdujących się w odległości 2m od siebie. Najbardziej obrzydliwe jest jednak sprzedawanie jedzenia w ten sposób. Nierzadkim widokiem są stoły, na których leżą płaty mięsa różnego rodzaju. Niczym nie przykryte, nie wspominając o lodówce, 0,5m od przejeżdżających samochodów, przy 20-stopniowym cieple. Albo pani siedząca na chodniku, trzymająca między nogami garnek i ubijająca krem do ciasta. Dziwne, że przewidywana średnia długość życia w Boliwii to aż 60lat... A wiek emerytalny to 65 lat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- W Boliwii obowiązuje ciekawe prawo podatkowe. Właściciele wszystkich domów, które są nieukończone, nie muszą płacić podatku gruntowego. Owocuje to tym, że 3/4 domów w La Paz zbudowanych jest tylko do pewnego piętra, a potem jest miejsce na kolejne. I potrafią stać tak przez lata by właściciele nie płacili fiskusowi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="TEXT-ALIGN: center"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B47.jpg"&gt;&lt;img style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; CURSOR: pointer; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B47.jpg" border="0" /&gt;&lt;/a&gt; ..:: Nie pytajcie się jakim cudem to stoi. Nie wiem... ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;- Wreszcie La Paz wygląda jak Ameryka Południowa z filmów :). Bo Brazylia to takie brzydkie nie wiadomo co. A tu... Strome wąskie uliczki, tłum indiańskich twarzy na ulicach, stare samochody (w 98% amerykańskie lub japońskie, prawie nie mają europejskich). A najlepsze jest to, że starsze kobiety naprawdę chodzą w strojach ludowych. Dokładnie takich jak ze zdjęć w albumach, książkach i przewodnikach. Nie ubierają się tak dla turystów, tylko na codzień chodzą w tych wielobarwnych ponczach, bufiastych spódnicach i malutkich melonikach na głowach. A dzieci noszą ze sobą na plecach w chustach przewiązanych wokół ciała.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- W zdecydowanej większości miast świata na wzgórzach znajdują się najlepsze dzielnice. Bogaci ludzie lubią mieć widok na miasto. W La Paz jest dokładnie na odwrót. Im wyżej i im lepszy punkt obserwacyjny tym biedniejsze domy. Zamożni ludzie mieszkają głęboko w dolinie na wysokości 3000m ponad kilometr niżej od najwyższych miejsc w La Paz. Powodem jest klimat. Niżej w zimie jest cieplej, a w lecie chłodniej. Różnice w amplitudzie temperatur przekraczają 10 stopni. W La Paz nigdy nie pada śnieg. Jest za nisko... W regionach tak blisko równika granicą występowania śniegu jest 5000m n.p.m. Gdyby Europa była tak blisko równika w żadnym miejscu naszego kontynentu nie uświadczylibyśmy śniegu.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-116144104250332387?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/116144104250332387/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=116144104250332387' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116144104250332387'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116144104250332387'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/10/dzie-2-adaptacja.html' title='Dzień 2 - Adaptacja'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-116138825311031419</id><published>2006-10-21T00:16:00.000+02:00</published><updated>2006-10-21T01:50:53.183+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Peru Boliwia'/><title type='text'>Dzień 1 - Podróż</title><content type='html'>Wylecieliśmy z Sao Paulo w czwartek 5 października  o godzinie 16. Prawdzia podróż zaczęła się jednak wcześniej. Trzeba było dostać się jakoś na międzynarodowe lotnisko w Guaruhlos. Fabiano pracował i pomimo szczerych chęci nie był w stanie nas zawieźć, więc pozostały nam taksówki. Zatrzymaliśmy jedną pod domem, wsiedliśmy i facet okazał się tradycyjnym przedstawicielem taksówkarskiego gatunku i odmiany z Sao Paulo. Szybciutko włączył licznik, przejechał 50m i zjechał na stację benzynową zatankować. Już się zdążyliśmy do podobnych akcji przyzwyczaić, więc pół biedy by było, gorzej, że miły pan pz koncernu Shella nalewał paliwo jakby nigdy w życiu tego nie robił.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style: italic;"&gt;No k*rwa mać, to już łyżką można szybciej tankować&lt;/span&gt; - głos prawdy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Taksówkarz w lot pojął aluzję, choć nie zrozumiał ani słowa. Błyskawicznie kazał obsłudze skończyć, ba! przeprosił nawet i skasował licznik. Było to cokolwiek zaskakujące. Przyzwoity taksiarz z wyrzutami sumienia? W Sao Paulo? Wobec obcokrajowców? Nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom. Facet jechał aż miło było patrzeć, nie wiem czy ktoś szybciej się znalazł na lotnisku. Nawet nap(al)iwek chcieliśmy dać, ale pod terminalem wyszło szydło z worka. Taksiarz wybełkotał coś w miejscowym narzeczu i pokazał malutką karteczkę przyklejoną do szyby. Nikt jej wcześniej nie zauważył, a stało jak byk po angielsku: "Jednostronny wyjazd poza granice miasta Sao Paulo - +50% wartości licznika". Szkoda, że wcześniej nie powiedział...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odszukaliśmy stanowisko AeroSur (boliwijska linia lotnicza, co prawda nie znajduje się na czarnej liście przewoźników lotniczych, ale naszym zdaniem zatrudnia i skupuje wszelkie możliwe odrzuty z innych linii) i zostaliśmy sprawnie obsłużeni przez miłą panią z wąsem. Ku naszemu zaskoczeniu co nieco mówiła po angielsku. Nawet do 3 doliczyła bez pomyłki. AeroSur posiada unikatowy system transmisji bagaży z punktu check-in do samolotu. Normalnie stosuje się te śmieszne bieżnie. AeroSur postawił na redukcję bezrobocie. Pani obsługująca odwraca się, coś mówi i zza rogu wychodzi mały człowieczek w czerwonej czapeczce, który zarzuca sobie walizki na plecy i znika z nimi w plątaninie lotniskowych korytarzy. Pomysłowe...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie musieliśmy czekać długo i zostaliśmy zadekowani na pokład wspaniałego Boeinga 737-200. Funkiel nówka, nieśmigana, prawdopodobnie samolot roku 1932. Po przygodzie z taksówkarzem mieliśmy duszę na ramieniu. Nastroje przed podróżą zamieniły się w obawy, obawy w niesmak, gdy okazało się, że jest to lot międzynarodowy, a nikt z załogi nie mówi po angielsku. Pilot to chyba tylko komendy znał, bo musiał i ani słowa więcej, o stewardessach nie wspominając.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na szczęście 3h lotu do Santa Cruz de la Sierra w środkowej Boliwii minęły szybko i bezboleśnie. Nawet jedzenie, które nam podali było martwe i nie trzeba było go gonić i dobijać. Santa Cruz powitało nas niesamowitą wilgocią i najszybszym zachodem słońca w życiu. Jakby się człowiek uparł to w powietrzu można było popływać. Gdy wychodziliśmy z samolotu było jeszcze jasno, a gdy skończyliśmy całą odprawę na dworze panował mrok. Czekał nas 50 minutowy lot krajowy do La Paz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Boeing 727-200 (wersje 200 to są te najstarsze, które najczęściej spadają) okazał się nad wyraz przytulny i miły, a i załoga mówiła po angielsku, kapitan żartował przez głośniki. A lot krajowy. Szybko jednak znaleźliśmy wyjaśnienie tej niespotykanej sytuacji, że w locie międzynarodowym nei można się dogadać. Rozwiązanie jest proste - Brazylia, więc nic dziwnego, że nie można się dogadać. Razem we trójkę (Aga, Katrina i ja - w takim składzie wyruszyliśmy) mówimy 8 różnymi językami świata, a rozumiemy pewnie jeszcze więcej, a dogadać się nie możemy tylko w Brazylii. O czymś to świadczy...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niespełna godzinny lot był bardzo ciekawy. Ciemność, burza na horyzoncie, ciemnawe światło kabiny. Siedzieliśmy godzinę z nosami przyklejonymi do szyby. Niesamowicie wygląda niebo nocą z samolotu rozświetlane błyskawicami. Ciekawie było, gdy pilot powiedział, że mamy się trzymać, bo za 15 minut spróbuje posadzić maszynę na lotnisku w La Paz (podobno 2 najtrudniejsze lotnisko świata). Minęło 10 minut, czujemy jak schodzimy w dół, a świateł miasta nie widać. W pewnym momencie coś białego mignęło pod spodem samolotu, po chwili znowu. Zupełnie nie widzieliśmy co to jest, do momentu, gdy księżyc oświetlił trochę ziemię. Był to wierzchołek ośnieżonej góry. Lecieliśmy naprawdę nisko nad nią. Gdy już ją minęliśmy oczom naszym ukazała się płaska (?) równina zalana światłem. Po chwili wylądowaliśmy cało i zdrowo na lotnisku w La Paz. Na wysokości 4080m n.p.m.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na tej wysokości panuje spory niedobór tlenu. Powoduje to różne ciekawe efekty. Co prawda z naszego lotu nikt nie zemdlał przy odborze bagażu, ale dało się zaobesrwować różne stadia strachu na twarzach współpasażerów, którzy nie umieli złapać oddechu. My zaobserwowaliśmy tylko następujące objawy: Aga skarżyła się na mrowienia w kończynach, Katarina w ogóle nie umiała skoordynować swoich ruchów, a ja się czułem jak zdrowo pijany.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B42.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B42.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Cały busik dla nas ::..&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;br /&gt;Na lotnisku czekał na nas facet z hotelu z karteczką w dłoni i małym busikiem na parkingu. Gdy wyszliśmy na zewnątrz myślałem, że padnę. Powietrze było tak świeże i czyste, że po prostu ciężko to opisać. I pomimo wyskości można było śmiało odetchnąć pełną piersią. Co przykre było znajdowaliśmy się w sercu Andów, a wokół nie było widać żadnych gór.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;La Paz składa się w istocie z dwóch miast - El Alto i La Paz. Zamieszkuje je w sumie około 2 milionów ludzi. 1,3mln mieszka w El Alto, które znajduje się na wysokości mniej więcej 4100m na płaskowyżu. Samo La Paz to marne 700tys. ludzi mieszkających w dolinie poniżej płaskowyżu. Centrum miasta, gdzie zamieszkaliśmy położone jest na wysokości 3600m.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z lotniska do centrum prowadzi nowa autostrada. Wyjechaliśmy z El Alto główną ulicą noszącą imię Jana Pawła II. Cały czas byliśmy lekko rozczarowani krajobrazem. Do momentu, aż dojechaliśmy do krawędzi doliny, droga zaczęła prowadzić w dół, a oczom naszym ukazała się dolina La Paz oświetlona milionem świateł i chatkami wspinającymi się po zboczach doliny. Wzrok przykuwał jasno oświetlony narodowy stadion, gdzie akurat miał miejsce mecz Boliwia - Ekwador.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zakwaterowaliśmy się w hotelu Radisson Plaza w dzielnicy ambasad w południowym, niższym krańcu centrum. Jest to największy hotel w stolicy Boliwii. Co prawda ten pięciogwiazdkowiec wygląda z zewnątrz jak koszmar socrealistycznego architekta, ale w środku jest naprawdę przytulny. Prawie jak europejski 3-gwiazdkowiec.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przed wyjazdem zdecydowaliśmy się, że nie będziemy oszczędzać na zakwaterowaniu. Możemy podróżować jakimiś tanimi liniami, starymi autobusami, ale musimy mieć gwarancję ciepłej wody i prywatnej łazienki. Jako, że w Peru i Boliwii gwarancje taką się ma rezerwując miejsce w hotelu klasy 3-4 gwiazdek i wyższej, to zaczęliśmy z wysokiego pułapu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po przyjeździe poszliśmy do restauracji hotelowej, gdzie zjedliśmy kolację za równowartość 12zł od osoby (sic!!) i poszliśmy szybko do łóżka.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-116138825311031419?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/116138825311031419/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=116138825311031419' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116138825311031419'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116138825311031419'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/10/dzie-1-podr.html' title='Dzień 1 - Podróż'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-116138252488933635</id><published>2006-10-20T23:52:00.000+02:00</published><updated>2006-10-21T16:39:21.560+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Peru Boliwia'/><title type='text'>Backpacking vs. Hilton hopping, czyli jak przeżyliśmy 2 tygodnie w Peru i Boliwii...</title><content type='html'>Było fantastycznie, super, niesamowicie etc. Wróciliśmy cało i zdrowo, a wycieczka na dobrą sprawę ułożyła się dokładnie po naszej myśli. Prawie bez wyjątków. Pogoda była doskonała. Przez 14 dni prawie nie padało, podczas gdy w tym samym czasie Sao Paulo cierpiało z powodu nadmiernych opadów. Doświadczenie nabyte w trakcie wyprawy pokazuje, jak bardzo ludzie na świecie mogą się różnić. A to jest jednogłośnie wybrana najbardziej znacząca fotka wyjazdu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B83.0.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B83.0.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: W ten sposób nasz mały autobusik przekraczał Titicacę ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-116138252488933635?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/116138252488933635/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=116138252488933635' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116138252488933635'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116138252488933635'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/10/backpacking-vs-hilton-hopping-czyli.html' title='Backpacking vs. Hilton hopping, czyli jak przeżyliśmy 2 tygodnie w Peru i Boliwii...'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-116001573179438692</id><published>2006-10-05T11:00:00.000+02:00</published><updated>2006-10-17T11:18:03.590+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Technical info'/><title type='text'>INFORMACJA!!!</title><content type='html'>5 października wyjeżdżamy na małą wycieczkę. Lecimy na dwa tygodnie szukać śladów Inków w Boliwii i Peru. Dostęp do internetu będziemy mieć ograniczony, więc nie mogę obiecać regularnych postów. Ale obiecuję, że będę prowadził dziennik i wszysko potem przepiszę :) A jak się będzie dało będę uzupełniał na bieżąco...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wracamy wieczorem 18-tego.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-116001573179438692?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/116001573179438692/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=116001573179438692' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116001573179438692'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/116001573179438692'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/10/informacja.html' title='INFORMACJA!!!'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115973753319146474</id><published>2006-10-04T07:18:00.000+02:00</published><updated>2006-10-05T06:16:19.966+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Brazilian Spirit'/><title type='text'>Tajemnica Zielonego Dywanika</title><content type='html'>Hisoria tu przedstawiona zdarzyła się naprawdę, a przynajmniej została zainspirowana prawdziwymi zdarzeniami. Wszelkie podobieństwa do postaci i miejsc rzeczywistych są absolutnie zamierzone i zostały wykorzystane bez wiedzy osób zainteresowanych, a czasem przy ich zdecydowanym sprzeciwie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stałem w windzie. Cieżkie krople spływały po starym, wysłużonym prochowcu i spadały na ziemię, gdzie błyskawicznie wsiąkały w gruby zielony dywan. Chwyciłem delikatnie rondo mojego starego, wysłużonego kapelusza i popatrzyłem na nią. Zauważyła mój wzrok, delikatnie naciągnęła długie atłasowe rękawiczki i obdarowała mnie pociągłym spojrzeniem lekko przymrużonych oczu. Winda stanęła, otwarłem drzwi i puściłem ją przodem. Długa suknia ciągnęła się za nią po podłodze. Zanim wyszedłem odwróciłem się jeszcze i spojrzałem na ziemię. "Cóż za dziwne miejsce na tak niesamowitą rzecz" - pomyślałem. Faktycznie, ciemnozielony dywan wyraźnie odcinał się od brązu ścian.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Następnego dnia miałem spotkanie. Wyjrzałem za okno. Silny wiatr przewalał po niebie ciemnoszare chmury i unosił śmieci z ulicy, zmuszając je do wyrafinowanego, podniebnego tańca. Przynajmniej nie padało. Wyszedłem na korytarz oświetlony migoczącym promień samotnie wiszącej u sufitu żarówki. Przywołałem windę i wszedłem do środka. Jadąc w dół poczułem się nieswojo. Nie było to bynajmniej związane z wiecznie otwartym okiem kamery. Zdążyłem się już przyzwyczaić. Pomieszczenie, które poprzedniej nocy wydawało mi się tak niezwykłe, dziś było zwykłą windą. Po chwili zdałem sobie sprawę, z czego wynika moja konsternacja. Stałem na zwyczajnej polietylenowej podłodze. Ten niesamowity, gruby, zielony dywan gdzieś zniknął. "W tym mieście nic się długo nie utrzyma" - stwierdziłem, po czym zapiąłem dokładniej płaszcz. Szybko się oswoiłem z myślą, że dywanu nie ma, ale głęboko w środku czułem żal, że w tym betonowym mieście żadne piękno nie jest w stanie przetrwać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spotkanie było nudne i monotonne. Kolejna sprawa do rozwiązania, kolejna rutyna, kolejny raport do zrobienia i znowu tydzień na wykonanie. Zaczęły mnie już męczyć te zadania, które są zawsze niby różne, niby inne, a jednak takie same. Z marazmu szybko wyrwało mnie jedno spostrzeżenie. W windzie znowu był dywanik! Ten, którego stratę już zdążyłem przetrawić, wrócił na swoje miejsce. Nauczyłem się już czerpać radość z małych przyjemności, więc fakt ten bardzo poprawił mi humor. Jednak moja analityczno-detektywistyczna dusza została już zaintrygowana...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Uczucie to pogłębiały wydarzenia następnych tygodni. Dywanik ciągle znikał, ciągle się pojawiał. Czasem widziałem go 3 dni z rzędu, czasem znikał na dłuższy czas. I nigdy nie znalazłem żadnego śladu, żadnej poszlaki, co się z nim działo. Nigdy nie spotykałem nikogo podejrzanego. Powoli zaczynały mnie męczyć wizje i koszmary. Ja po prostu lubię wiedzieć, jak działa rzeczywistość wokół mnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po miesiącu nie wytrzymałem i postanowiłem zająć się tą sprawą. Hobbystycznie. Z życia też powinienem mieć odrobinę przyjemności. Pierwszy oczywisty krok, to przesłuchanie mieszkańców. Moi współlokatorzy niczego nie zauważyli i generalnie byli wyłączeni z podejrzeń, jako, że miałem praktycznie na nich cały czas oko, a D. wyjeżdżał, co poniedziałek i wracał w piątek, więc nie trzeba go było pilnować. Już w pierwszym tygodniu się upewniłem, że na pewno opuszcza miasto. Niemniej jednak sąsiedzi z dołu już tacy czyści nie byli. Postanowiłem zadać im parę pytań.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://doctormacro.com/Images/Bogart,%20Humphrey/Annex/Annex%20-%20Bogart,%20Humphrey_02.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer; width: 320px;" src="http://doctormacro.com/Images/Bogart,%20Humphrey/Annex/Annex%20-%20Bogart,%20Humphrey_02.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: "Ja po prostu lubię wiedzieć" ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Zapukałem trzy razy do drzwi. Z wewnątrz dobiegł głos: "Otwarte". Lekko nacisnąłem klamkę i uchyliłem drzwi. K. siedziała naprzeciwko drzwi. Założyła nogę na nogę i spod spódniczki widać było jej blade udo. W lewej ręce trzymała długą fifkę z zatkniętym w niej dymiącym papierosem, a drugą trzymała schowaną pod stołem. Gdy wszedłem, kątem oka zauważyłem ruch z prawej strony. Błyskawicznie odwróciłem się w tamtą stronę z ręką pod marynarką, gotów wyciągnąć broń w każdej chwili. W drzwiach kuchni stał F. i bawił się swoim gnatem. Uśmiechnął się półgębkiem, a jego nieogolone oblicze skrzywiło się lekko. "Nie zdążyłbyś" - powiedział, po czym zniknął nucąc pod nosem "As time goes by".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odwróciłem się w kierunku stołu. K. uśmiechała się kącikami ust. Wskazała mi krzesło i poprosiła bym usiadł. 40 minut później, gdy wyszedłem z tego zadymionego mieszkania odetchnąłem z ulgą. Nigdy nie lubiłem tam siedzieć. Atmosfera była przyciężkawa. Przynajmniej dowiedziałem się, że oni też nic nie wiedzą. Przy okazji skreśliłem ich z listy moich podejrzanych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na dole w budynku mieszkał dozorca Juan. Juan był dzieckiem Bela Visty. Wychowany przez dzielnicę, czuł się tu jak ryba w wodzie i wiedział wszystko o wszystkim. Problem był tylko taki, że niechętnie dzielił się z innymi swoją wiedzą. Wyciągnięcie z niego czegokolwiek było trudne, ale nie awykonalne. Postanowiłem spróbować szczęścia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poszedłem do niego wieczorem. Siedział przed drzwiami wejściowymi w swojej ulubionej białej koszuli opinającej wielki brzuch, a przypalane co jakiś czas cygaro dyskretnie oświetlało jego twarz ukazując czarne wąsy i ciemnobrązową cerę. Przysiadłem się do niego. Uśmiechnął się witając, po czym odwrócił się w stronę ulicy z satysfkacją patrząc na piekło, z którego udało mu się wyrwać. Postanowiłem, że nie będę owijał w bawełnę, więc zadałem mu bezpośrednie pytanie. Odwrócił się raptownie, zmrużył oczy i odpowiedział coś w miejscowym narzeczu. Drań wiedział, że nie zrozumiem i myślę, że celowo go użył. Niemniej jednak z tonu głosu wywnioskowałem, że nawet jak wie, to nie powie, a ja mam się odczepić od sprawy. Musiałem być ostrożny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przez następne dwa tygodnie nic specjalnego się nie wydarzyło. Przepytwałem kogo się dało, ale nikt nie wiedział lub nie chciał powiedzieć. Spróbowałem dwa razy się zasadzić, ale pułapki nie dały oczekiwanych rezultatów. Raz nic się nie wydarzyło, za drugim razem tylko dzięki świetnej fizycznej formie uniknąłem Juana przeprowadzającego obchód.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak zwykle w trudnych sprawach pomogło mi szczęście. Już praktycznie straciłem nadzieję na rozwiązanie, gdy sprawca praktycznie sam wpadł mi w ręce. Wracałem z kolejnego spotkania, wszedłem do budynku, odgłosy ulicy zagłuszyły moje kroki. Drzwi windy były otwarte, podszedłem i zajrzałem do środka. W kącie kucał Pablo, pomocnik Juana, i właśnie podnosił dywan z ziemi. Westchnąłem ciężko, co sprawiło, że chłopak błyskawicznie się odwrócił i spojrzał przerażonymi oczami na moją twarz. "Jakie to proste" - pomyślałem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przypomniałem sobie zdarzenia ostatnich dwóch miesięcy. Dwa razy już go prawie miałem. Raz gdy zmierzałem do windy, Pablo wyszedł zza rogu i na mój widok się zatrzymał, po czym zawrócił. Nie przywiązałem do tego uwagi, bo myśli miałem zajęte nowym zleceniem. Za drugim razem wpadliśmy na siebie w windzie. Pablo mył ściany szmatką, ale dopiero teraz przypomniałem sobie, że jedną rękę chował cały czas za plecami. Pewnie trzymał w niej ten kawałek metalu, którym podważał ściśle przylegający do ścian dywanik.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wahałem się długo. Zanim zdążył zareagować chwyciłem go za fraki i przygniotłem do ściany. Błyskawicznie zrobił się rozmowny. Okazało się, że Juan kazał mu codziennie czyścić dywanik, jako, że jest to chyba najpiękniejszy przedmiot w tym budynku. Jednocześnie miał wymóg, by nikt z lokatorów nigdy nie widział Pablo wynoszącego dywanik z windy. Chciał w ten sposób uniknąć niepokojów, jako że dywanik był ulubioną rzeczą wielu mieszkańców. Wszystko działało przez lata dopóki się nie sprowadziłem i nie zacząłem węszyć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Juan nie przewidział, że w budynku zamieszka tak sprawny detektyw jak ja...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115973753319146474?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115973753319146474/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115973753319146474' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115973753319146474'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115973753319146474'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/10/tajemnica-zielonego-dywanika.html' title='Tajemnica Zielonego Dywanika'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115974470449025122</id><published>2006-10-03T23:18:00.000+02:00</published><updated>2006-10-03T22:50:32.340+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Brazilian Spirit'/><title type='text'>Najgłupsze brazylijskie pomysły - część 2</title><content type='html'>Jest to związane z wielką brazylijską miłością - kinem. Konkretnie chodzi mi o brak numeracji miejsc. Kupuje się bilet na konkretny film bez wskazania miejsca i kto pierwszy, ten lepszy...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiąże się to z mnóstwem ciekawych sytuacji. Kupno biletu na dobry film w sobotni wieczór graniczy z niemożliwością. W popularniejszych kinach wszystkie wejściówki są wyprzedane na dwie godziny przed seansem. I to nawet na mniej popularne filmy. Jakieś 3 tygodnie temu w ramach odmóżdżania się pojechaliśmy do jednego z najfajniejszych centrów handlowych w Sao Paulo by zobaczyć "Miami Vice". Na miejscu byliśmy o godzinie 20.00. Odstaliśmy piętnaście minut w kolejce do kasy by się dowiedzieć, że ze wszystkich seansów w kinie (a do zamknięcia zostało ich może z 10 - ostatni o 23.00) bilety zostały tylko na dwa i to po portugalsku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejka przed salą projekcyjną zaczyna się ustawiać jakieś 45 minut do godziny przed seansem. Obraz rodem z kronik filmowych. Stoi sobie setka ludzi w równym rządku, co druga osoba ściska w rączkach wielki popcorn i sobie grzecznie rozmawiają. Obok drzwi momentalnie robi się druga kolejka zawierająca emerytów, panie w ciąży, osoby niepełnosprawne i wszystkie inne uprzywilejowane grupy społeczne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po otwarciu drzwi do sali wchodzi konwent seniorów, potem kompania zwartych oddziałów. Nikt się nie przepycha. Wszystko w jak najlepszym porządku. Dawno nie widziałem takiego przestrzegania kolejki. Problem w tym, że chwilkę po wejściu do środka ludzie się rozchodzą w różnych kierunkach i zajmują miejsca jak popadnie. Jeśli się przyszło powiedzmy w 4 osoby 15 minut przed rozpoczęciem projekcji, nie ma szans na znalezienie takiej ilości miejsc koło siebie...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niemniej jednak Brazylijczycy są zachwyceni swoimi kinami...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115974470449025122?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115974470449025122/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115974470449025122' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115974470449025122'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115974470449025122'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/10/najgupsze-brazylijskie-pomysy-cz-2.html' title='Najgłupsze brazylijskie pomysły - część 2'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115958403104807589</id><published>2006-10-01T15:00:00.000+02:00</published><updated>2006-10-01T23:16:27.686+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sao Paulo'/><title type='text'>Szczepienie...</title><content type='html'>W przyszły czwartek lecimy do Boliwii, a potem do Peru :). Jako, że światowa organizacja zdrowia zaleca by przed wyjazdem zaszczepić się na tyfus, żółtą febrę, wirusowe zapalenie wątroby typu A i B, tężec, błonicę, ospę, grypę, rzeżączkę, kiłę, polio i chorobę wściekłych krów to stwierdziliśmy, że trzeba coś z tym zrobić. Jako, że ta sama organizacja zaleca by przed wjazdem do Polski zaszczepić się na tyfus, żółtaczkę, tężec i 74 inne choroby postanowiliśmy pomyśleć trochę i po kontakcie z boliwijskimi i peruwiańskimi ambasadami zdecydowaliśmy się zaszczepić na żółtą febrę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najlepsze jest to, że taka szczepionka w Europie kosztuje kilkadziesiąt euro. W Brazylii jest kompletnie darmowa. A dzieje się tak z prostej przyczyny. Brazylia jest uznawana za kraj wolny od żółtej febry. Ale jak się jedzie w Amazonię, czy też opuszcza większe miasta i wyrusza na północ, szczepionka jest bardzo zalecana.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W związku z tym pojechaliśmy w czwartek na krajowe lotnisko by się zaszczepić. Szybko znaleźliśmy odpowiednie miejsce. Czekaliśmy pod znakiem Health Care i zaczepiliśmy 4 osoby by nam powiedziały, gdzie mamy się udać. Piąta pokazała nam drzwi za naszymi plecami. W środku poczytaliśmy listę miliona skutków ubocznych szczepionki, po czym przy pomocy całej kolejki dogadaliśmy się z panią obsługującą. Gdy już papierki były podpisane, że nie oskarżymy ich jak nam trzecia ręka wyrośnie albo wypadną włosy, pani zabrała nas na zaplecze i tu wersje wydarzeń trochę się różnią.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;MOJA WERSJA:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Weszliśmy do środka. Pomieszczenie było całkiem ładne i w miarę czyste. Szczury wyglądały na zdrowe i zadbane... Żartuję. Wszystko było jak w największym porządku. Pani pokazała palcem na Agnieszkę i na ramię. Miś podniósł rękaw koszuli, zbladł i zamknął oczy. Pielęgniarka wzięła strzykawkę, wbiła się w łapkę i 14 "auć" później było już po wszystkim.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja byłem następny w kolejce. Nigdy nie lubiłem igieł. Nie czułem się komfortowo na myśl, że ktoś mnie kłuje w ciało. Stanałem przed panią, uchyliłem rękaw T-shirta i dzielnie odwróciłem głowę w drugą stronę. Nie był to przyjemny zastrzyk. Ale szybko było po.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;WERSJA AGNIESZKI:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W zasadzie różni się ona tylko szczegółami technicznymi. Mój Miś twierdzi, że nie było żadnych "auciów", wcale nie była blada. Nie powiem, była bardzo dzielna, ale twierdzi też, że jak mnie kłuli, to się co chwilę pytałem, czy mogę zemdleć. Osobiście nic takiego nie pamiętam, a i nigdy nie zdarzyło mi się starcić przytomności w obecności strzykawki. Myślę, że Aga coś kręci...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najważniejsze, że jesteśmy już zaszczepieni, dostaliśmy żółtą książeczkę i przez najbliższe 10 lat powinniśmy być uodpornieni na to wstrętne choróbsko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;P.S. A teraz mała uwaga. Primo - Agnieszka była bardzo dzielna w czasie szczepienia i jej wersja jest prawdziwsza. Secundo - w ciągu całego pobytu wykazuje ogromne zdolności organizacyjne i się nie poddaje i załatwia nam mnóstwo rzeczy (bilety, wyjazdy itp.). Tertio - nie jestem w tym momencie przekupiony, ani zastraszony. Naprawdę...&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115958403104807589?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115958403104807589/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115958403104807589' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115958403104807589'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115958403104807589'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/10/szczepienie.html' title='Szczepienie...'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115958624958092390</id><published>2006-10-01T13:48:00.000+02:00</published><updated>2006-10-08T20:37:34.000+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Brazilian Spirit'/><title type='text'>Impreza posesyjna, czyli Ligia zaprasza...</title><content type='html'>Nasza blond-pani od prawa zaprosiła nas na imprezę. W środę wieczór. Powiedziała, że bardzo nas lubi i chętni mogą wpaść do niej o 19.30 na "Crepe&amp;amp;Beer". Podała nawet adres. Rua Mara-coś-tam 730, 3 piętro, Higienopolis. I chwilę potem zapanowała w klasie konsternacja. Można ją było nawet palcem dotknąć. Nie podała numeru apartamentu. Ale sprawa się szybko wyjaśniła. Ligia mieszka w budynku, w którym jeden apartament zajmuje całe piętro.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wyruszyliśmy z domu przed ósmą. Nie wypada tu być punktualnie, nigdy. Podjechaliśmy z Katariną na miejsce. Budynek, jak budynek, typowy dla Sao Paulo. Wysoki, pokryty mozaiką, mały ogródek od frontu, wjazd na parking podziemny, stróżówka z setką kamer, wysoki na 3,5m płot ostro zakończony i jeszcze na samej górze trzy druty pod prądem (chyba nigdy jeszcze nie udało mi się napisać, ale w Brazylii ogrodzenia pod napięciem są jak najbardziej legalne i powszechniejsze niż np. kosze na śmieci).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po wejściu do środka zaczyna się jednak robić ciekawie. Hall na dole wygląda bez mała jak w Ritzu. Czarne, skórzane kanapy, drewniana posadzka w kolorze mahoniu i dywan prowadzący do windy. Aż głupio w butach wchodzić. Mnie się osobiście jednak najbardziej podobał fakt, że po wyjściu z windy weszliśmy praktycznie bezpośrednio do mieszkania. To jest fajne, wjeżdżasz sobie prawieże prosto na sofę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mieszkanie Ligii wygląda jak galeria sztuki. Na ścianach wiszą różne... artystyczne twory. Doszliśmy do wniosku, że zostały przywiezione z różnych miejsc i dlatego w ogóle do siebie nie pasują. Ale na pewno robią wrażenie. Podobnie jak salon. Jest większy od mojego mieszkania. Ma wymiary chyba 6x10m. Gigantyczny. W Europie nie byłoby go jak ogrzać. Stał w nim wielki bufet z różnymi przekąskami. A za bufetem dwóch kucharzy... Trzeci znalazł się w kuchni. Plus gospodyni. Wyżerka za darmo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ligia oprócz nas zaprosiła jeszcze swoich różnych znajomych. Nie integrowali się z nami, a wyglądali jak członkowie Klubu Miliardera. Przesiadywali w najciekawszym pokoju w mieszkaniu. Zaraz za salonem jest takie miejsce, gdzie znajduje się super wygodna kanapa, a nad nią zawieszony jest rzutnik. Na przeciwległej ścianie jest ekran wielkości 2x2. Muszę sobie taki sprawić...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale summa sumarum, co z tego, że mieszkanie piękne i wielkie, jak ona żyje tam sama ze swoją fretką, pod zlewem w łazience ma pięknego, długohodowanego grzyba. Sam znalazłem...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115958624958092390?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115958624958092390/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115958624958092390' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115958624958092390'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115958624958092390'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/10/impreza-posesyjna-czyli-ligia-zaprasza.html' title='Impreza posesyjna, czyli Ligia zaprasza...'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115958177731038908</id><published>2006-09-30T01:48:00.000+02:00</published><updated>2006-09-30T18:17:43.236+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Neighbours and Friends'/><title type='text'>Neighbours and Friends - Bennoit Julien a.k.a. "The thinker"</title><content type='html'>Bennoit jest Francuzem. Najbardziej francuskim Francuzem jakiego tylko można spotkać. Każdy jego gest, słowo, mina, spojrzenie, ruch nogą, podpis w paszporcie, sposób ubierania się są tak bardzo francuskie, że stojąc pod Łukiem Tryumfalnym z lampką wina i w berecie na głowie nie można doświadczyć większej francuskości niż gdy się patrzy na niego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B41.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B41.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Bennoit w swojej zwyczajnej pozie ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;Bennoit jest chyba najlepszym kolegą Filipe. Pewnie dlatego, że mogą ze sobą rozmawiać po francusku i nie muszą używać angielskiego, który obu przychodzi ze sporymi problemami. Razem są zabójczy. Ich średni poziom dojrzałości jest odwrotnie proporcjonalny do czasu, jaki ze sobą spędzają. Jednym słowem po trzech godzinach ze sobą zachowują się, jakby mieli po 13 lat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najważniejszą cechą Bennoit jest to, że myśli 7 razy szybciej niż mówi. Powoduje to ogromne problemy z właściwym wysłowieniem. Biedny chłopak gubi wątki i zrozumienie go nastręcza pewnych trudności. Ostatnio opowiadał mnie i Katarinie pewną historię ze swojego życia. Po 15 minutach mówienia Katarina wyglądała, jakby doświadczała bliskiego spotkania III stopnia. Zadałem więc Bennoit 23 pomocnicze pytania, po czym w 3 zdaniach powiedziałem to, co on przez kwadrans wykładał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bennoit ma taką jedną ideę fix. Próbuje zaszczepić we wszystkich jakieś ziomalskie zwyczaje z Francji. Słowa, odzywki, gesty. Problem w tym, że wszyscy się już zdążyli na nie uodpornić i nikogo już nawet nie bawią. Tylko biedny Filipe jest strasznie wkręcony i bez przerwy robi śmieszne miny albo wymachuje łapkami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest jednak taka jedna sprawa, za którą Bennoit wszyscy kochamy. Otóż Bennoit trenował kiedyś rugby. I podobno całkiem niezły był. A co jest z tym związane? Ma 195cm wzrostu i waży nieźle ponad 100kg. I z nim wszędzie się czujemy bezpieczni. Bo zawsze jest się za kim schować...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115958177731038908?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115958177731038908/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115958177731038908' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115958177731038908'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115958177731038908'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/09/neighbours-and-friends-bennoit-julien.html' title='Neighbours and Friends - Bennoit Julien a.k.a. &quot;The thinker&quot;'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115945827617228502</id><published>2006-09-28T16:48:00.000+02:00</published><updated>2006-09-30T05:31:12.080+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Brazilian Spirit'/><title type='text'>Egzaminy, czyli jak zdać za pierwszym razem... (bo drugiego i tak nie będzie)</title><content type='html'>Skończyliśmy wczoraj egzaminy. Jeśli nikt nie będzie dla nas niedobry to następna sesja w czerwcu, a zajęcia w lutym. Mamy dłuższe wakacje od maturzystów... Ale szczerze mówiąc perspektywa takiej ilości w miarę wolnego czasu jest przerażająca. Chyba się zacznę z nudów uczyć...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A wracając do egzaminów to było to tak.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W poniedziałek z samego rana ruszyliśmy zmierzyć się z zawiłymi aspektami finansowania bankowości w Brazylii. Aspekty były tak skomplikowane, że nie rozumiałem żadnego polecenia. Trudności dodawał fakt, że dla każdego studenta przygotowany był inny egzamin. Ha! Dostaliśmy karty egzaminacyjne z zadaniami i wydrukowanym u góry nazwiskiem. Różnicy wielkiej nie ma. I tak wszyscy ściągają, a rozdawanie trwa dłużej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tu może jeszcze parę słów o profesorze. David Hastings jest Brazylijczykiem. I tak bardzo się czuje Brazylijczykiem, że angielskość wychodzi z niego wszystkimi porami ciała. Pali swoją nieodłączną fajkę, mówi z czystym, oxfordzkim akcentem i jest równie flegmatyczny jak James Bond. Jego rodzice wyemigrowali z Wielkiej Brytanii (w obecnych polskich realiach taki kierunek migracji wydaje się cokolwiek dziwny), gdy był małym dzieckiem. Przebywali w Argentynie do momentu aż niejaki Peron doszedł do władzy. Wtedy musieli uciec do Brazylii i tam już zostali. Szczerze mówiąc to w pewnym sensie niesamowite jak David lubi Brazylię i jak bardzo się zżył z tym krajem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Popołudniu mieliśmy egzamin z zarządzania biznesem międzynarodowym. Częścią egzaminu był projekt, który mieliśmy przygotowywać przez cały semestr w grupach. Grupy były dwuosobowe i z Agnieszką rozumieliśmy się prawie bez słów. Jako, że było dużo czasu na zastanowienie się, to już w sobotę usiadłem i napisałem całą pracę. Dałem potem Agnieszce do przejrzenia i podobało jej się. Nawet dopisała stronę od siebie... Ale muszę przyznać, że naprawdę mocno się przyłożyła do poprawiania stylistyki. Egzamin polegał na rozwiązaniu problemu wprowadzenia nowego produktu na rynek meksykański. Świetna okazja do pokazania elokwencji i zaopatrzenia profesora w wodę na najbliższe 2 miesiące.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A profesor, choć ma dyżurną ksywkę Burak, jest świetnym facetem. Co prawda ciężko czasem zrozumieć jego brazylijski akcent, ale jest przemiły i ma zdumiewającą wiedzę o świecie i Europie (co u Brazylijczyka jest dość rzadkie). Mieliśmy okazję się przekonać, gdy zaprosił mnie i Agnieszkę na piwo. Sam od siebie... Generalnie mam wrażenie, że relacje między nauczycielami, a studentami są tu jakieś 12 razy mniej formalne niż w Polsce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dość ciekawie się miała sprawa z "Polityką i kulturą w Brazylii". Przedmiot był prowadzony przez dwie osoby - jedną od polityki, drugą od polityki kulturalnej. Kurt von Mettenheim a.k.a. "Piękne brazylijskie nazwisko" prowadził część poświęconą polityce. Kurt miał wspaniały teksański akcent i podobno strasznie słabo mówił po portugalsku. W sumie chyba racja, bo niewiele rozumiałem... Marina Heck zajmowała się kulturą, albo raczej polityką kulturalną. Wyglądała jak rasowa, świetnie utrzymana babcia. Ale w porównaniu do Kurta przynajmniej zrozumiale mówiła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Egzamin był dość ciekawy, bo oboje się umówili, że mamy napisać esej na zadany temat, ale możemy to w domu zrobić. Kurt dał 6 tematów, Marina artykuł do skomentowania. Postanowiliśmy napisać Kurtowi na zajęciach, a artykuł załatwić w domu. Muszę przyznać, że było to bardzo ciekawe zajęcie. Mieliśmy napisać 1500 słów komentarza o 30 stronicowej pracy. Prawdziwym wyzwaniem było jednak to, że ni w ząb nie rozumiałem, co też autor ma na myśli. Zresztą jest to wspaniałe doświadczenie czytać zdanie, rozumieć każde pojedyncze słowo i nie mieć zielonego pojęcia, jaki jest przekaz tego wywodu. Ale uważam, że napisałem arcydzieło, a i na pewno nie byłem taki zjadliwy wobec autora, jak twierdzi Agnieszka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na deser został najbardziej wyczekiwany przez wszystkich egzamin. Zarys prawa międzynarodowego dla zarządzania biznesem u blondwłosej Ligii Maury Costy. Ligia jest przesympatyczna, rozwiedziona, mówi do nas "moje dzieci", chodzi w butach Diora, płaszczu Armaniego i sypia z rektorem FGV. Złe języki mówią, że tylko dlatego jest koordynatorem programu wymiany międzynarodowej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cały problem z egzamin polegał na tym, że nie wiedzieliśmy, czego się uczyć. W trakcie kursu Ligia zmieniała zdanie 11 razy. Raz trzeba było czytać jakąś książkę, innym razem już nie, a to mieliśmy rozwiązać jakiegoś case'a, a na następnych zajęciach już trzeba było tylko go przeczytać. Normalnie czeski film, nikt nic nie wie. Skończyło się na tym, że niczego się nie uczyliśmy. I w sumie dobrze zrobiliśmy, bo Ligia poświęciła dokładnie 3,5 minuty na napisanie egzaminu. Na dobrą sprawę skopiowała jedno z zadań, jakie mieliśmy na zajęciach. Ale i tak pewnie obleje połowę grupy. Co się będzie...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115945827617228502?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115945827617228502/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115945827617228502' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115945827617228502'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115945827617228502'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/09/egzaminy-czyli-jak-zda-za-pierwszym.html' title='Egzaminy, czyli jak zdać za pierwszym razem... (bo drugiego i tak nie będzie)'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115905529286146144</id><published>2006-09-24T01:46:00.000+02:00</published><updated>2006-09-24T01:48:12.880+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Technical info'/><title type='text'>Przerwa techniczna</title><content type='html'>Jako, że od poniedziałku zaczynamy sesję, to niestety nie będzie żadnych wpisów do czwartku... Trzeba się uczyć :P Ale obiecuję, że nadrobię...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115905529286146144?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115905529286146144/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115905529286146144' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115905529286146144'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115905529286146144'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/09/przerwa-techniczna.html' title='Przerwa techniczna'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115885515345580502</id><published>2006-09-21T17:25:00.000+02:00</published><updated>2006-10-16T20:06:40.160+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Brazilian Spirit'/><title type='text'>Urodziny</title><content type='html'>Dla wszystkich zapominalskich: Agnieszka miała wczoraj urodziny. Nie pamiętam które, a zresztą informacja ta zaginęła w mroku dziejów dawno, dawno temu...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B40.7.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B40.7.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Aga rysunkowo ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!!!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;Żeby celebrować należycie wspaniałe święto poszliśmy do najlepszej restauracji w Sao Paulo (nieprawdą jest, co złe języki mówią, że to wcale nie najlepsza restauracja, a jedynie dobra). Agnieszka zeżarła cały talerz ogromnej sałatki z kozim serem, pomidorami i różnego rodzaju niezidentyfkowanymi rzeczami i z zazdrością patrzyła na mój talerz z rybą z migdałami w sosie z czerwonego wina.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Deser z kolei spałaszowaliśmy w najlepszej kawiarni w Sao Paulo. I to rzeczywiście jest najlepsza kawiarnia, o czym świadczy choćby fakt, że w środowy wieczór czekaliśmy 40 minut na stolik. Ale było warto... Brazylijska kawusia i same słodkości. Mniam, mniam...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W związku z tym, że wieczorem brzuszki były pełne, to wrażenia z dnia, którego każdego roku strasznie się boję nie były takie złe. Musiałem uruchamiać plan awaryjny wyciągania z głębokiego kryzysu raptem 12 razy i za każdym razem zadziałał... I myślę, że Aga uważa, że nie były to najgorsze urodziny...&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115885515345580502?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115885515345580502/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115885515345580502' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115885515345580502'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115885515345580502'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/09/urodziny.html' title='Urodziny'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115846885012845926</id><published>2006-09-17T16:35:00.000+02:00</published><updated>2006-09-17T16:38:52.686+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Brazilian Spirit'/><title type='text'>Najgłupsze brazylijskie pomysły - część 1</title><content type='html'>Jak na razie naszym zdecydowanym i bezapelacyjnym liderem jest... mała kostka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mała kostka jest używana w Brazylii chyba do wszystkiego. Znaleźć ją można dosłownie wszędzie. Chodniki są zrobione z... małej kostki. Mniejsze ulice zamiast asfaltem pokryte są... małą kostką. Budynki z wielkiej płyty, apartamentowce, wieżowce pokryte są czym? MAŁĄ KOSTKĄ. Dobrze, że garnków z niej nie robią.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak dla mnie śmiesznym jest fakt, że nasz apartamentowiec ma 15 pięter i jest z zewnątrz obklejony kilkuset milionami białych płytek 2x2cm. Na samych parapetach w naszym mieszkaniu doliczyłem się ich około 2000. Chodniki są oczywiście najrówniejsze na świecie. Jako że brazylijska technologia układania płytek jest najnowocześniejsza na świecie i wykorzystuje kosmiczne doświadczenia naprawcze opracowane przez naukowców z NASA (weź młotek i pierdyknij nim kilka razy o klocek, aż się mniej więcej wyrówna - w końcu tak płytka po płytce naprawiano poszycie Atlantisa), to w czasie deszczu wcale nie robią się na środku deptaków gigantyczne kałuże, a samochody nie opryskują przechodniów wodą spod kół.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B39.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B39.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Kostka, kostka, wszędzie ta kostka... ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;Nie muszę mówić jak wygląda sprawa z czystością powierzchni płaskich w tak higienicznym i sterylnym kraju jak Brazylia. Szpary między tą drobnicą, fugi pomiędzy płytkami lśnią czystością. A tak na poważnie to myślę, że dlatego wszystko tu jest zasyfione (no i pewnie też dlatego, że nie mają koszy na śmieci. W nocy worki z odpadkami są wynoszone na ulice i kładzione pod latarniami, skąd je rano służby miejskie zabierają), że tych fug nie ma jak domyć. Brud się latami wżera w te przestrzenie, a deszcz, czy też służby miejskie nie są w stanie tego domyć. Okropność.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale tubylcom się podoba najwyraźniej. O gustach się nie dyskutuje. Może się kiedyś do tego  przekonamy.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115846885012845926?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115846885012845926/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115846885012845926' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115846885012845926'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115846885012845926'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/09/najgupsze-brazylijskie-pomysy-cz-1.html' title='Najgłupsze brazylijskie pomysły - część 1'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115846907819407680</id><published>2006-09-17T16:20:00.000+02:00</published><updated>2006-09-17T16:26:48.736+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Fauna'/><title type='text'>Fauna - version 1.5</title><content type='html'>Kilka dni temu szliśmy ulicą, wracaliśmy z koncertu średniowiecznej muzyki portugalskiej (Filipe bardzo chciał iść i nas wyciągnął). W pewnym momencie drogę przebiegły nam dwa karaluchy. Aga pisnęła i wskoczyła mi na ręce. Ja pisnąłem jeszcze głośniej, bo myślałem, że to myszy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szkoda, że Filipe nie był w stanie nas obojga utrzymać.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115846907819407680?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115846907819407680/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115846907819407680' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115846907819407680'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115846907819407680'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/09/fauna-version-15.html' title='Fauna - version 1.5'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115846663412658666</id><published>2006-09-17T05:27:00.000+02:00</published><updated>2006-09-17T06:17:14.180+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Food'/><title type='text'>Food IV, czyli po wschodnioeuropejsku</title><content type='html'>Mała retrospekcja...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy byliśmy w Kurytybie Filipe chciał nam zrobić niespodziankę i zabrać nas do polskiej restauracji. Summa sumarum  skończyło się tak, że w miejscu gdzie miała być knajpka znajdował się sklep z butami. Co się odwlecze to nie uciecze. Udało nam się następnego dnia znaleźć swojską jadłodajnię w Kurytybie...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Restauracja "Durski". Kuchnia polska, ukraińska i rosyjska serwowana przez rodzinę Durskich - emigrantów z Europy Wschodniej, którzy od trzech pokoleń zajmują się dostarczaniem Brazylijczykom unikalnych smaków potraw z nieznanej im części świata.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Żółty, niewysoki budynek i złoty napis &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Durski&lt;/span&gt; nad wejściem. Po otwarciu drzwi podbiega do Ciebie urocza, miła pani, ze złotym warkoczem, która wyglądałaby zupełnie jak żywcem z "Chłopów" Reymonta wyciągnięta, gdyby nie parę szczegółów. Odzywa się do Ciebie czystą portugalszczyzną. Na słowa dzień dobry, albo gawarisz ty pa ruski patrzy cielęcym wzrokiem na rozmówcę i przekrzywia delikatnie głowę na bok. Jej śnieżnobiała, lniana koszula w ludowe wzory przy bliższym oglądnięciu okazuje się być bawełnianą szmatką Made in China, która bardziej jest podobna do tandetnych pamiątek dla turystów sprzedawanych pod Gubałówką niż do jakiegokolwiek ludowego wschodnioeuropejskiego stroju.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niemniej jednak nastrój i wystrój są generalnie bardzo miłe. Beton pomieszany z drewnem. Pamiątki przywiezione z wycieczki do Europy wystawione w najbardziej widocznych miejscach przysłaniają elementy wystroju, które właścicielowi wydawały się być wschodnioeuropejskie, ale nie był do końca pewien, więc postanowił ich nie eksponować. I ta podkreślająca długoletnią tradycję wszechobecność nazwy: Durski. Gorzej niż w McDonaldzie. Durski gapi się na Ciebie z talerzy, sztućców, szklanek, lamp, ręczników w łazience i ścian. Dobrze, że po podniesieniu klapy w ubikacji nic nie jest wyryte na bakelicie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Menu: wschodnioeuropejskie. M.in. pirogi, platzki, borschtch, gulasz i coś co po przyniesieniu okazało się być gołąbkami, a w karcie figurowało jako feegasmaqiem (czy jakoś tak). Tu właścicielom trzeba oddać honor. Jako, że menu było ze zdjęciami, to wybraliśmy wszystko, co wyglądało na polskie. Smak był rozpoznawalny. Nie było jakieś wyjątkowo dobre, ale nasi zagraniczni przyjaciele byli wniebowzięci.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po zjedzeniu zaczęły się cyrki. Na samym początku kelnerki przyniosły 2 koszyczki z chlebem i miseczki z różnymi dodatkami takimi jak chrzan, sos grzybowy, czy też smalec. Nie prosiliśmy o to, ale sprawdziliśmy w karcie - 4R$ za sztukę, jest nas 9 osób, nie wyjdzie jakoś drogo, a każdy skosztuje. Gdy pani przyniosła rachunek, okazało się, że policzyła 4R$ od osoby, bo zaakceptowaliśmy ten aperitif i musimy zapłacić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;Brazylijczycy są bardzo ugodowym narodem. Nie lubią starć, zwarć, kłótni. Zawsze za wszelką cenę dążą do kompromisu, a jeśli konflikt jest nieunikniony starają się go odłożyć w czasie. Brakuje mi tu możliwości opieprzenia kogoś, albo starcia się z kimś. Jak zaczynam się rozkręcać, to wszyscy kulą ogony pod siebie i nic z kłótni nie wychodzi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy zobaczyłem rachunek, zwietrzyłem krew. No ale problemem trudnym do pokonania jest bariera językowa. Co mi przyjdzie z ochrzaniania kelnerki, jak ona nic z tego nie rozumie? Fabiano jako rasowy Brazylijczyk nie podjął się partycypowania w załatwianiu sprawy nawet jako tłumacz, Filipe jest Francuzem, więc na pewno byśmy przegrali. Pomyślałem sobie, że może mają jakiegoś managera mówiącego po polsku. No mają, ale nie było go na miejscu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Koniec końców Katalina - Kolumbijka podjęła się załatwienia sprawy. Niestety postanowiła zająć się nią sama, więc nie udało się do końca wyjaśnić problemu. Musieliśmy zapłacić za 9 aperitifów, które de facto składały się z dwóch koszyczków po kilka kromek chleba i miseczek wielkości spodeczków pod filiżankę równowartość prawie 60zł.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Choć jedzenie było dobre to niesmak pozostał. A najbardziej drażni mnie w tym kraju to nieszczęsne wrażenie, że im do lepszego miejsca pójdę, to tym większe prawdopodobieństwo, że będą mnie chcieli naciąć... Ale Aga uważa, że to przez moją manię prześladowczą i rozdwojenie jaźni i naprawdę tak nie jest. Ale kto by jej tam wierzył. A teraz idę sprawdzić, czy wszystkie drzwi i okna sa pozamykane, szafa jest pusta i idę spać. I ja też...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115846663412658666?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115846663412658666/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115846663412658666' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115846663412658666'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115846663412658666'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/09/food-iv-czyli-po-wschodnioeuropejsku.html' title='Food IV, czyli po wschodnioeuropejsku'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115841821173836008</id><published>2006-09-16T13:11:00.000+02:00</published><updated>2006-09-17T07:02:00.950+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Brazilian Spirit'/><title type='text'>Rasizm</title><content type='html'>Brazylia jest uważana za kraj wielu kultur. Ludzie różnego koloru skóry przebywają tu, mieszkają, pracują i śpią obok siebie praktycznie od odkrycia Ameryki. Pomimo takiej różnorodności w powszechnej, stereotypowej opinii Brazylia jest uważana za kraj wyjątkowej zgodności i tolerancji. Ludzie różnych ras żyją tu w przyjaźni i równości. Bajka i sielanka...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nic bardziej mylnego. W życiu nie odwiedziłem kraju równie rasistowskiego, w którym podziały społeczne byłyby tak widoczne i tak podkreślane na każdym kroku. Najgorsze jest to, że wszystko odbywa się w takich delikatnych podtekstach. Oczywiście wyzwanie piłkarzy od małp na stadionach jest tu również powszechne jak w Europie, choć może nie tak popularne, ale najgorszy jest rasizm codzienny, społecznie akceptowany, z którego Brazylijczycy chyba nie zdają sobie sprawy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Generalnie kwestia koloru jest w Brazylii sprawą niezywkle drażliwą. Brazylijczycy mają z tym ogromne problemy. Powszechna jest opinia, że biały kolor oznacza wyższy status społeczny. Im ktoś jest ciemniejszy, tym do gorszej społecznej klasy przynależy. Niby nic niezwyczajnego. W wielu krajach na świecie kultywowany jest taki pogląd. Być może uderza mnie on dlatego, że po raz pierwszy się z nim bezpośrednio spotkałem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przykład. X urodził się w biednej, metyskiej rodzinie. Ma ciemny kolor skóry, ale nie można go nazwać Murzynem. Jakimś niewiarygodnym cudem udało mu się pójść na uniwersytet i uzyskać wyższe wykszatłcenie, dostać dobrą pracę i się wzbogacić. Prawdopodobnie ożeni się z białą kobietą. Przez społeczeństwo X nie będzie już uważany za Metysa, tylko za opalonego białego. Jego dzieci natomiast, nawet jeśli będą miały ten sam kolor skóry jak on, będą powszechnie uważane za białe. W odwrotnej sytuacji, Y urodził się bogaty, ale zbiedniał. W jego przypadku wraz z upływem czasu kolor jego skóry będzie ciemniał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Brazylii postrzeganie koloru przez społeczeństwo jest bezpośrednio związane ze statusem materialnym. Przykład. Bogata czarna kobieta, której mąż ma jeszcze ciemniejszy kolor skóry, nie powie o nim, że jest czarny, albo że jest Murzynem. Stwierdzi, że jest... niebieski. W tym kontekście słowo znaczy tyle, co "ciemniejszy ode mnie".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Problem koloru skóry był na tyle dokuczliwy dla świadomości Brazylijczyków, lecz jednocześnie połączony ze społecznym postrzeganiem świata, że jeszcze 10 lat temu w dowodzie osobistym była rubryczka p.t. "kolor skóry". Gdy po zniesieniu obowiązku zapisywania rasy w dokumentach przeprowadzono spis społeczny, było w nim pytanie o kolor skóry. Liczba różnych odpowiedzi wynosiła... 136. Od normalnych: biały, czarny, Metys etc. przewijały się takie odpowiedzi jak kawa z mlekiem, bananowy, troszkę jak orzechy włoskie, ciemny śnieżnobiały, plażowa opalenizna. Świadczy to doskonale o problemie jaki mają Brazylijczycy w określeniu swojej własnej przynależności. Brak pogodzenia się ze swoim własnym kolorem skóry w społeczeństwie może wynikać właśnie z ogromnej dyskryminacji rasowej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciekawą rzeczą jest to, że 98% Brazylijczyków nie uważa się za rasistów. Jednocześnie 97% społeczeństwa twierdzi, że zna jakąś osobę uprzedzoną w stosunku do ludzi innego koloru skóry. Wnioski mogą być dwa: 1) 2% Brazylijczyków to osoby bardzo popularne i są one znane zdecydowanej większości społeczeństwa. 2) Chyba bardziej prawdopodobny. Brazylijczykom brakuje samokrytycyzmu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O prawdziwości drugiego punktu niech świadczy prosta sprawa. Większość prac prostych i słabo płatnych takich jak sprzątanie ulic, czy też praca odźwiernego wykonywane najczęściej są przez osoby o ciemniejszej karnacji. Prawdziwie straszna jest inna rzecz. W naszym budynku znajduje się "ochrona". Nie jest to najlepsze określenie, ponieważ panowie Ci oprócz legitymowania gości i pilnowania terenu posesji zajmują się też drobnymi naprawami, utrzymywaniem ogródka, jak i załatwianiem różnego rodzaju problemów mieszkańców. Bardziej to przypomina recepcję w hotelu niż ochronę. Ale do meritum. Jesteśmy jedynymi mieszkańcami terenu, którzy mówią im rano dzień dobry.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszyscy Brazylijczycy traktują ich jak powietrze, odzywając się tylko wtedy, gdy czegoś potrzebują. Straszna była scena, gdy pewnego ranka mieliśmy jechać windą do siebie wraz z jakimś innym mieszkańcem. W windzie stał jednak jeden Pan z obsługi i majstrował coś przy panelu. Brazylijczyk nie wszedł do windy póki ochroniarz nie wyszedł. Jest w tym jakaś przewrotność ogromna, że tubylcy są tu tak niesamowicie serdeczni, radośni w stosunku do obcokrajowców i potrafią się tak odnosić do ludzi z niższej klasy społecznej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Problemem nie do pokonania jest jednak brak świadomości. Mało kto tu widzi problem, albo swoje niewłaściwe zachowanie. Uczestniczyliśmy raz w dyskusji na temat rasizmu w Brazylii. Debata była międzynarodowa, partycypowali w niej studenci z FGV (czyli można się spodziewać, że stosunkowo wykształceni ludzie o pewnym poziomie społeczno-kulturalnym). Ciężko będzie mi zapomnieć jedną z wypowiedzi:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;- Uważam, że u mnie w domu panie sprzątające są dobrze traktowane. Nie to, co gdzie indziej. Mogą np. siedzieć z nami przy stole...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie no, racja. Pewna znajoma mieszka u rodziny Brazylijskiej, która ze swoimi paniami sprzątającymi porozumiewa się za pomocą karteczek, by się do nich nie musieć odzywać...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115841821173836008?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115841821173836008/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115841821173836008' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115841821173836008'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115841821173836008'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/09/rasizm.html' title='Rasizm'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115820799320637641</id><published>2006-09-14T06:13:00.000+02:00</published><updated>2006-09-14T06:26:33.220+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Music'/><title type='text'>Co nam chodzi po głowie...</title><content type='html'>MAKE YOUR OWN KIND OF MUSIC&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt; Nobody can tell ya;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;There's only one song worth singin'.&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;They may try and sell ya,&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;'cause it hangs them up&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;to see somone like you.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;But you've gotta make your own kind of music&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;sing your own special song,&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;make your own kind of music even if nobody&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;else sing along.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;You're gonna be knowing&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;the loneliest kind of lonely.&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;It may be rough goin',&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;just to do your thing's&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;the hardest thing to do.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;But you've gotta make your own kind of music&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;sing your own special song,&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;make your own kind of music even if nobody&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;else sings along.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;So if you cannot take my hand,&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;and if you must be goin',&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;I will understand.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;You gotta make your own kind of music&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;sing your own special song,&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;make your own kind of music even if nobody&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;else sings along.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;Mama Cass Elliot, 1969&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115820799320637641?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115820799320637641/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115820799320637641' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115820799320637641'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115820799320637641'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/09/co-nam-chodzi-po-gowie.html' title='Co nam chodzi po głowie...'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115807552316364595</id><published>2006-09-12T17:34:00.000+02:00</published><updated>2006-09-12T17:38:43.193+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Brazilian Spirit'/><title type='text'>Banany</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B38.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B38.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Tak rosną banany. Loga Chiquity nie stwierdzono :P ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115807552316364595?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115807552316364595/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115807552316364595' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115807552316364595'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115807552316364595'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/09/banany.html' title='Banany'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115802164640471310</id><published>2006-09-12T02:13:00.000+02:00</published><updated>2006-09-12T04:44:50.336+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='W 20 dni dookoła Brazylii'/><title type='text'>Kurytyba...</title><content type='html'>Brazylia jako jedyny z południowoamerykańskich krajów bezkrwawo i bezwojennie uzyskał suwerenność, więc oczywiście musi bardzo hucznie obchodzić dzień niepodległości - 7 września. A było to tak. Gdy w roku 1807 Napoleon ze swoim dzielnym, francuskim wojskiem (ale ładny oksymoron mi wyszedł) zmierzał w kierunku Półwyspu Iberyjskiego, jeszcze dzielniejszy portugalski dwór postanowił się ewakuować do swojej zamorskiej kolonii. Do tego czasu Brazylii była traktowana przez Portugalczyków raczej eksploatacyjnie. Tu coś wydobyć, tu coś zasadzić, tu coś ściąć, ale osiedlić? W życiu...&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;br /&gt;Niemniej jednak w roku 1807 musiała nastąpić pewna zmiana. Razem ze sobą król przywiózł cały dwór, 60 tysięcy książek, malarzy, rzeźbiarzy, pisarzy, architektów, naukowców, piekarzy, żeglarzy, rusznikarzy, poetów, błaznów, muzyków i niemałą rzeszę kurtyzan. Życie kulturalne w Brazylii zaczęło rozkwitać. Dla przywkłych do cywilizacji Europejczyków ciągle był to bardzo egzotyczny kraj. Gdy w 1812 roku dzielne, francuskie wojska dokonywały taktycznego odwrotu spod Moskwy portugalski król zaczął przebąkiwać coś o powrocie do ojczyzny. Na wszelki wypadek postanowił odczekać jeszcze trochę czasu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Problem był taki, że jego najstarszemu synowi Pedro II życie wśród książek, malarzy, rzeźbiarzy etc. bardzo się spodobało i nie miał najmniejszego zamiaru wracać do Europy. Został więc na miejscu i w 1822 roku ogłosił niepodległość Brazylii, a siebie samego imperatorem. Portugalia nie protestowała za bardzo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na skutek tych wydarzeń w roku pańskim 2006 Brazylijczycy mieli wolne w czwartek. Długi weekend nie jest zjawiskiem typowym dla Europy więc wszyscy zrobili tu sobie piknik. My też...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pojechaliśmy na 4 dni do Kurytyby, jakieś 400km na południowy-zachód od Sao Paulo. 9 osób, dwa samochody: Aga, Dragan, Filipe, Fabiano, Bennoit, Fanja, Katalina, Angela i ja + Fiat Palio i Opel... przepraszam, Chevrolet Vectra. A wyglądało to tak:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B37.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B37.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Joinville, aleja palmowa ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;  &lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B36.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B36.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Joinville, dzwonnica katedry ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B35.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B35.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Joinville, widok ogólny ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;  &lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B34.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B34.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Czasami tęsknię za długimi włosami ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;  &lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B33.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B33.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Jednak w Brazylii są też ładne miejsca, Morretes ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;  &lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B32.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B32.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Droga nad morze, gdyby nie chmury widać by było zatokę ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;  &lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B31.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B31.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: W dzielnicy włoskiej robią wino w takich budynkach, Kurytyba ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;  &lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B30.0.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B30.0.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Zmarznięte misie przed palmiarnią, Kurytyba ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;  &lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B29.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B29.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Pociąg do europejskiego luksusu, Kurytyba ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;  &lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B28.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B28.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Przystanki autobusowe, Kurytyba ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;  &lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B27.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B27.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Gdzieś na trasie ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;  &lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B26.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B26.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;..:: "A Irlandia podobno jest taka zielona, jak włosy syreny o świcie..." :] ::..&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;  &lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B25.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B25.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;..:: Żeby nie było, że w domu siedzę i szukam na google zdjęć z Brazylii :] ::..&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B24.0.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B24.0.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: I tak przez 400 km... ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B23.jpg"&gt;&lt;img style="cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B23.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;..:: Tak wyglądają parki miejskie w Brazylii, Kurytyba ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;Ruszyliśmy w czwartek o 5 rano, żeby uniknąć typowych w Sao Paulo korków. Prawie się udało. Pogoda nie zachęcała do podróży, ale postanowiliśmy być twardzi. 6 stopni, ale w końcu nie takie mrozy się przetrwało. Filipe wypożyczył samochód, zadziałał skromnie i na kilka dni stał się posiadaczem Chevroleta Vectry. Jak na warunki brazylijskie auto miało maksymalne  dostępne wyposażenie. Z europejskiego zestawu fabrycznego brakowało tylko poduszek powietrznych. Przy okazji dowiedziałem się, że w Brazylii za ogrzewanie w samochodzie należy dopłacić, a ABS i wspomaganie kierownicy są na razie w fazie testów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Droga upłynęła szybko, bezstresowo i przyjemnie. Na miejsce dotarliśmy cali i bez większych przygód. Po przyjeździe poszliśmy na obiad, a potem połaziliśmy po Kurytybie. Park, starsza  część miasta, katedra, palmiarnia. Wieczorem Filipe chciał nam zrobić niespodziankę i zabrać nas do polskiej restauracji. Wyszukał gdzieś w informatorze turystycznym adres i przez 1,5h szukaliśmy miejsca. Na szczęście ktoś życzliwy powiedział nam, że knajpkę zlikwidowano, więc musieliśmy się zapchać pizzą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mieliśmy nadzieję się ogrzać w hotelu. Gdy okazało się, że klimatyzator w naszym pokoju jest zepsuty, pani w recepcji zamieniła nam wszystkim piętra. Ale summa sumarum miło było mieć prysznic z dwoma kurkami i normalnym ciśnieniem wody. No i ciekawa była wyprawa do sauny z elektrycznym piecykiem i marmurową podłogą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z Kurytyby jest około 100km do morza. Rzut beretem, a droga jest bardzo malownicza, więc wybraliśmy się na przejażdżkę. Po drodze jest mnóstwo starych, uroczych miasteczek, więc przystanków było bez liku. Piraquara, Morretes, Antonina. Wszystkie podobne i w europejskim stylu. Po obiedzie wróciliśmy do Kurytyby i zaczęliśmy oglądanie parków miejskich, które w tym mieście są prawdziwymi dziełami sztuki. Przed snem mała wyprawa do dzielnicy włoskiej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Joinville jest uważane za "niemieckie"miasto w Brazylii. Faktycznie mnóstwo tam imigrantów z Niemiec, a nad miastem góruje 10-piętrowy Tannenbaum Hotel zwieńczony pięknym, alpejskim dachem. Próbowaliśmy znaleźć w mieście jakąś miła kawiarenkę, by się kawy napić. Po 2h szukania poszliśmy do centrum handlowego, bo nigdzie nic nie było.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatniego dnia zjeździliśmy wszytskie pozostałe w Kurytybie parki i pojechaliśmy do domu. Kilka godzin podróży, 50-kilometrowy korek przy wjeździe do Sao Paulo i już o 1 w nocy można było iść spać...&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115802164640471310?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115802164640471310/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115802164640471310' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115802164640471310'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115802164640471310'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/09/kurytyba.html' title='Kurytyba...'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115801995245805060</id><published>2006-09-12T02:04:00.000+02:00</published><updated>2006-09-12T02:12:32.476+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sao Paulo'/><title type='text'>My Favourite Places (part 3)</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B22.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B22.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Sao Paulo by night, widok z pokoju ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115801995245805060?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115801995245805060/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115801995245805060' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115801995245805060'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115801995245805060'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/09/my-favourite-places-part-3.html' title='My Favourite Places (part 3)'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115741940668717883</id><published>2006-09-07T02:11:00.000+02:00</published><updated>2006-09-07T04:44:53.543+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Brazilian Spirit'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sao Paulo'/><title type='text'>Policia Federal, czyli dramat w trzech aktach...</title><content type='html'>&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;WSTĘPNIAK&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;By móc legalnie przebywać w pięknej brazylijskiej ziemi dłużej niż 90 dni potrzeba wizy, a po przylocie na miejsce należy się zarejestrować w budynku Policji Federalnej. Koszt całego przedsięwzięcia, ilość dokumentów na to potrzebna pozwalają domniemywać, że zdecydowana część brazylijskiego PKB pochodzi z opłat urzędniczych, a najprężniej rozwijającą się gałęzią przemysłu jest produkcja papieru. Szczęściem jesteśmy już legalnymi rezydentami w Brazylii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;PROLOG&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwszą czynnością jaką musieliśmy zrobić było potwierdzenie autentyczności naszego paszportu. Musieliśmy się udać do specjalnego miejsca. Coś jak polski notariusz. Różnica polega na tym, że w Brazylii każdy skserowany świstek musi być w tym miejscu autoryzowany jeśli się chce by miał jakąkolwiek wartość. Jeśli się chce by kopia była "zgodna z oryginałem" to nie może na niej być pieczątki osoby, która np. kserowała dokument, tylko taki znaczek skarbowy. A kosztuje on sporo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Żeby potwierdzić autentyczność paszportu trzeba skserować każdą stronę, na której jest jakikolwiek wpis, czy stempel. Oczywiście cena za jedną kartkę nie należy do cen z dolnej półki. Mam wrażenie, że byliśmy w najbardziej luksusowym punkcie ksero w moim życiu. Poszliśmy we czwórkę z Draganem i Felipe zautoryzować nasze paszporty. Miejscowy notariusz wygląda jak turecka budka z kebabem. Na rogu wysokiego budynku znajduje się okienko, w którym facet odbiera dokumenty. Przed okienkiem znajdują się ławeczki dla petentów. Po półgodzinnie szczęśliwy klient uboższy o kilkadziesiąt reali ma już gotowy odpis z dokumentu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;AKT I&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W zeszłym tygodniu w czwartek pojechaliśmy załatwić sprawę z Policia Federal. Pierwsza sprawa - budynek policji federalnej, miejsca, gdzie każdy obcokrajowiec przyjeżdżający do Sao Paulo na dłuższy (ponad 90 dni) czas musi się zarejestrować, z nieznanych dla mnie przyczyn położony jest na obrzeżach miasta. W miejscu dość niedostępnym pod każdym względem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Żeby dotrzeć na miejsce musieliśmy jechać wszystkimi trzema liniami metra. Potem przesiedliśmy się do pociągu podmiejskiego i już po trzech przystankach wysiedliśmy na stacji rodem z westernu. Ani żywej duszy, spalona słońcem ziemia i tylko gazeta unoszona z wiatrem. Ten piękny obrazek psuł niestety wysoki na 3 metry betonowy mur zwieńczony pięknym, industrialnym drutem kolczastym, który odgradzał stację od otoczenia. Po jednej stronie torowiska wyrastały ponad murem wysokie, prostokątne bryły nowoczesnych apartamentowców. Po drugiej stronie zrujnowane fawele wspinały się w górę zbocza. Zapach, który stamtąd dochodził nie był najpiękniejszy. Na szczęście wyjście ze stacji było na stronę chronionego osiedla.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po opuszczeniu peronu zapytaliśmy pierwszego przechodnia o budynek policji federalnej. Po wyczerpującym tłumaczeniu stwierdziliśmy, że lepiej będzie wziąć taksówkę. Faktycznie budynek policji był prawieże przy stacji. Jechaliśmy chyba 15 minut.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie pamiętam kiedy ostatnio widziałem tak brzydki budynek. Szary, nieregularna bryła, nad cuchnącym kanałem. Myślę, że lokalizacja ma na celu odstarszenie wszelkich potencjalnych imigrantów przed osiedlaniem się w Brazylii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Weszliśmy do środka, bramki, wykrywacze metalu, ochrona. Jakoś mam wrażenie, że to tylko dla picu. Zważywszy na ilość metalu, którą wniosłem do środka... Pani na recepcji oglądnęła nasz paszport, obfotografowała nas z każdej strony i kazała iść na trzecie piętro. Chyba...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To co się działo na trzecim piętrze nie sposób opisać słowami. Wyglądało to jak szatnia w teatrze. Długa lada wzdłuż ściany, a za ladą panienki. Gdzieś wysoko zawieszone karteczki, co która pani robi, a na środku pomieszczenia krzesełka by petenci mogli siedzieć. Oczywiście petentów było 3 razy więcej niż krzesełek. Większość wyglądała, jakby ich 3 sekundy wcześnie teleportowano sprzed jakiejś chatynki głęboko w Amazonii, gdzie cywilizacja dociera 2 razy w roku razem z zapasami. Zresztą podobnie też pachnieli...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Udało nam się za trzecim podejściem wybrać panią, która zajmowała się takimi jak my. Oczywiście, jak na osobę obsługującą przybyszów z Europy przystało, można się z nią było porozumieć w dowolnym europejskim języku. Pod warunkiem, że był to portugalski. Szczęściem za nami obsługowana miała być jakaś pani, która słyszała coś o angielskim. Bez jej pomocy nigdy w życiu byśmy się nie dogadali. A teraz co się stało...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dowiedzieliśmy się, co tak naprawdę myślą Brazylijczycy o Polsce. Niby wszystko w porządku, super, jesteście z Polski, ale tak po prawdzie nasz piękny, nadwiślański kraj jest dla nich tym, czyym dla nas Mongolia. Każdy coś słyszał, ale mało kto chciałby jechać. Otóż na naszej brazylijskiej wizie w paszporcie napisany jest nr ustawy, na podstawie której wiza została wydana. Otóż numer był zły. W tak zwanym międzyczasie zmieniono prawo, na podstawie którego wydaje się wizy. Międzyczas jest definiowany jako październik 2005. Od tego czasu ambasada Brazylii w Warszawie nie została poinformowana o zmianie tego prawa. Ciężko się było oswoić z myślą, że ambasador Brazylii w Warszawie jest zsyłany w dyplomatyczny niebyt.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Musieliśmy udać się do Ministerstwa Spraw Zagranicznych by tam wydano nam nową wizę, albo raczej uaktualnienie starej. Ministerstwo Spraw Zagranicznych szczęściem znajduje się niedaleko ostatniej stacji metra, więc jak już stamtąd wychodziliśmy nie musieliśmy brać żadnych dodatkowych środków transportu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Patricia z MSZu zabrała nasze paszporty, podania o wizę i powiedziała, że zadzwoni, jak wszystko będzie gotowe. Do dwóch tygodni...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zapomniałem dodać, że za każdy niezarejestrowany dzień powyżej 30 dni pobytu w Brazylii płaci się karę 8R$. To był nasz 26 dzień...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;AKT II&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szczęściem Patricia okazała się być, jak na brazylijskie warunki nadczłowiekiem i zadzowniła tego samego dnia wieczorem. Załatwiła wszystko i mogliśmy odebrać nasze paszporty z nową naklejką w środku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pojechaliśmy do MSZu. Kilka słów na temat budynku. Wygląda jak zimnowojenny bunkier, który narodził się w głowie chorego modernisty. Przepraszam nie zrobiłem zdjęcia. Na ogromnym (naprawdę ogromnym) betonowym placu, ogrodzonym zielonym, metalowym płotem znajduje się garść betonowych, białych, niskich budynków o kopulastych, pofalowanych kształtach. Na niektórych ścianach znajdują się tafle czarnego szkła. Efekt jest piorunujący. Złota Malina architektów gwarantowana.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wejście do budynku spraw konsularnych przyprawia o dreszcze. W białej, betonowej ścianie znajdują się metalowe drzwi rodem prosto z łodzi podwodnej. Podobnej wielkości i kształtu. Brakuje tylko tego pokrętła na środku. Po wejściu do środka człowiek zostaje przytłoczony marmurem na ścianach i czarną skórą foteli w poczekalni. Ściany są w środku szklane, tak że można widzieć, jak pracują ludzie. Ale z kolei schody prowadzące do podziemi, gdzie znajduje się biuro konsularne są zrobione z surowego betonu. I cały efekt szlag trafia...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Patricia czekała z naszymi dokumentami. Była bardzo sympatyczna i w ogóle super. Postanowiliśmy ją wykorzystać. Daliśmy jej formularz, który dostaliśmy na policji, by pomogła go nam uzupełnić. To była jedna z naszych najmądrzejszych decyzji. Bez niej nigdy byśmy tego nie zrobili. Ona zresztą też miała problem. Nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom, gdy stała ze swoimi kolegami z biura i we trójkę debatowali, co trzeba w poszczególne pola wpisać. Nie ma to jak druczek przyjazny użytkownikowi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oczywiście paszport, który dostaliśmy z powrotem miał nową naklejkę. A co to znaczyło? Że trzeba jechać jeszcze raz go zautoryzować. A najbliższy notariusz był 40 minut drogi od MSZu. Trzeba było go więc odwiedzić. Zajęło nam to tyle czasu, że już nie zdążylibyśmy jechać na policję tego dnia...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;AKT III&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po weekendzie, w poniedziałek o 8:30 rano byliśmy już na stacji metra. Niedługo po 9 złożyliśmy dokumenty na policji. Paszport, potwierdzenie opłaty dwóch podatków, podanie o wizę, wypełniony formularz, dwa zdjęcia zrobione w automacie przed wejściem (jak kiedyś mnie wsadzą do więzienia to będą jak znalazł) i trzeba było czekać. Od 40 minut do 3 godzin. Pani nie była w stanie powiedzieć jak długo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Procedura wyglądała w ten sposób. Siedzisz, czekasz, po jakimś czasie przez białe drzwi wychodzi pani z jakąś karteczką i wykrzykuje imiona. Jak masz szczęście to wyczyta Twoje. Czekaliśmy aż sobie połamie język.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy po 45 minutach wyszła i zaczęła coś bełkotać, a nikt nie podszedł, to stwierdziłem, że to moja kolej. Miałem rację. Pani złapała mnie za rękę, oddała paszport plus jakiś świstek, kazała wszystko to torby wsadzić i pokazać ręce, po czym ściągnęła mi odciski palców. Strasznie dziwne doświadczenie. Wspominałem coś już o więzieniu?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na odchodnym kazała jeszcze zawołać "tą drugą", zupełnie jakby wymówienie: Agnieszka Maciejczyk sprawiało jakikolwiek problem. Im tu dłużej jestem, tym mniej rozumiem ten naród. Nawet udało nam się tak bardzo nie spóźnić na zajęcia...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mam nadzieję, że już nigdy więcej nie będę musiał oglądać budynku Policia Federal w Sao Paulo. Chyba, że przez wizjer w samolocie do Europy...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115741940668717883?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115741940668717883/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115741940668717883' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115741940668717883'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115741940668717883'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/09/policia-federal-czyli-dramat-w-trzech.html' title='Policia Federal, czyli dramat w trzech aktach...'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115758026443919477</id><published>2006-09-07T00:01:00.000+02:00</published><updated>2006-09-07T02:51:10.436+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Brazilian Spirit'/><title type='text'>Pogoda 2</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B20.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B20.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: żeby nie było, że kłamiemy, że zimno ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115758026443919477?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115758026443919477/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115758026443919477' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115758026443919477'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115758026443919477'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/09/pogoda-2.html' title='Pogoda 2'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115758008630834846</id><published>2006-09-06T23:56:00.000+02:00</published><updated>2006-09-07T00:33:26.876+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Brazilian Spirit'/><title type='text'>Biznes</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B21.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B21.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Pricewaterhouse Coopers po brazylijsku ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115758008630834846?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115758008630834846/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115758008630834846' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115758008630834846'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115758008630834846'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/09/biznes.html' title='Biznes'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115721285397065727</id><published>2006-09-02T17:19:00.000+02:00</published><updated>2006-09-02T18:05:45.016+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Brazilian Spirit'/><title type='text'>Despachante</title><content type='html'>Taki miejscowy zwyczaj, ale żeby go dobrze zrozumieć potrzebne są przykłady.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Brazylii z prawem jazdy jest podobna sprawa, jak w Polsce. Dostajesz mandat, płacisz, a na konto wpadają ci punkciki. Jak ich będzie za dużo to tracisz uprawnienia do prowadzenia samochodu i musisz jeszcze raz egzamin zdawać (a nie jest to tutaj proste). Mauro miał pecha. Jechał za szybko, po pijaku. Został złapany. Cztery razy. Zabrano mu prawo jazdy. Mauro jest jednak uzależniony psychicznie od samochodu i potrzebuje jeździć nim do pracy. W związku z tym dzwoni do Despachante.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ligia chce założyć własną firmę. Ma świetny pomysł na biznes. Niemniej jednak jest to dość skomplikowane i trwa długo. Ma trzy opcje. Czekać 90 dni, coś pokombinować i czekać 30 dni, albo założyć firmę w 48 godzin. Ligia wybrała trzecią opcję, ale musiała się skontaktować z Despachante.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Felipe dostał powołanie do wojska. Musi odbębnić swoje w kamaszach. Felipe jednak lubi rozrywkowy tryb życia, imprezy, dziewczynki. Zakoszarowanie na kilkanaście miesięcy na pewno dobrze by mu nie zrobiło. Ponadto plany na życie... Zamiast ukrywać się przed żandarmerią postanowił załatwić swoją sprawę. Skorzysta z usług Despachante.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na szczęście naszym bohaterom ktoś kiedyś polecił usługi jakiegoś dobrego, sprawdzonego Despachante. Kontaktują się z nim, a Despachante udaje się do urzędu komunikacji i zaprasza naczelnika na kolację. Po kolacji jakimś dziwnym sposobem punkciki Mauro gubią się w systemie i może dalej jeździć. Potem Despachante udaje się do urzędu skarbowego z pięknym prezentem dla pracowników i po 48 godzinach w trybie ekspresowym firma Ligii jest zarejestrowana i może prężnie się rozwijać. Na sam koniec dnia Despachante znajduje miejscowego przedstawiciela WKU, wręcza mu bon na trzydniowe wakacje na plaży w Paraty. Następnego dnia papiery Felipe spadają za jakąś szafę i zostaną najpewniej znalezione, gdy Felipe będzie już dziadkiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Otóż w Brazylii nie ma problemu korupcji urzędników. Nikt nikomu nie wręcza nielegalnie łapówek. A jeśli już to jest to zjawisko marginalne. Nie znaczy to oczywiście, że łapówki nie są przyjmowane. Są, są... I to nawet częściej, więcej i bardziej niż w Polsce. Ale zajmują się tym zawodowo owi Despachante. To jest ich praca. I robią to absolutnie legalnie. Mają zarejstrowaną działalność gospodarczą i od swoich zysków zwyczajnie płacą podatki. Wszystko zgodnie z literą prawa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Relatywizm moralno-prawny sprawia, że choć przyjmowanie łapówek nie jest dozowolone prawnie, to udzielanie ich przy pomocy Despachante jak najbardziej. I państwo jeszcze z tego korzyści czerpie. Prawda, że pomysłowe?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A jakie korzystne dla społeczeństwa. Jak chcesz mieć coś załatwionego nie nurtują cię wyrzuty sumienia, że musisz kogoś kupić i możesz zostać nakryty. Masz od tego ludzi. Kupiłeś usługę, dostaniesz rachunek.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115721285397065727?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115721285397065727/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115721285397065727' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115721285397065727'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115721285397065727'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/09/despachante.html' title='Despachante'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115680960329997781</id><published>2006-09-01T05:00:00.000+02:00</published><updated>2006-10-05T17:16:15.413+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Neighbours and Friends'/><title type='text'>Neighbours and Friends - Katarina Vitkova a.k.a. "Lady Girl"</title><content type='html'>Katarina Vitkova jest Słowaczką z Bratysławy. Nie jest jednak dumna ze swojego pochodzenia. Ma mnóstwo... "szczególnych cech charakteru, które de facto są problemami, ale jednak nie sprawiają jej kłopotu, tylko nadają takiej specyficznego rysu osobowości".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Katrina jest chyba najbardziej pechową osobą jaką znam. Nasze przygody z samolotami, łóżkami, przysznicem, czy Policją Federalną są niczym w porównaniu z tym, co ją spotyka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiele ludzi częstuje nieznajomych na ulicy papierosami. Ale tylko za Katariną taki facet poszedł. Dzwonił domofonem do mieszkania, do którego weszła (kolacja u znajomego) i mówił, że jechali razem taksówką, a Katarina nie zapłaciła i mu wisi 50R$. Psychole się zdarzają. Ale ten wezwał policję, która chciała ich wziąć na komisariat celem wyjaśnienia sytuacji...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jesteśmy z uczelni z całego świata. Waszyngton, Kopenhaga, Tokio, Londyn, Los Angeles, Paryż, itd. Uczą nas bardzo różni ludzie. Ale tylko profesorowie Katriny nie mogli się przez pierwsze dwa tygodnie zajęć zdecydować, czy akcpetują sylabus przedmiotów, na które się dziewczyna zapisała. Jeśli nie akceptują, to trzeba Katarina musiałaby zapłacić za nie. I ona jako jedyna nie wiedziała na co może się zapisać i na co ma chodzić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I to ją dzisiaj uczelnia macierzysta - Uniwersytet Bocconi w Mediolanie - skreśliła z listy studentów. Jest to uczelnia prywatna. Katarina nie płaciła czesnego z racji bardzo dobrych wyników w nauce. Niestety ichniejszy dziekanat zgubił jakieś wyniki egzaminów, coś tam pokręcił (miło wiedzieć, że dziekanaty wszędzie są takie same) i na chwilę obecną:&lt;br /&gt;- Katarina jest dłużna Uniwersytetowi Bocconi 15000€ za czesne. Wg uniwersytetu nigdy nie miała dobrych wyników w nauce, więc jest winna im czesne...&lt;br /&gt;- Katarina ponieważ nie jest studentką macierzystej uczelni, przebywa w Brazylii nielegalnie i będzie musiała zapłacić za naukę tutaj...&lt;br /&gt;- Generalnie musi się zjawić w przyszłym tygodniu w Mediolanie, jeśli chce spróbować coś odkręcić. Zgadnijcie, jak to jest z miejscami w samolotach...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B17.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B17.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: "Lady Girl" ze swoimi atrybutami ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Na co dzień, gdy pech nie jest jej drugim imieniem, Katrina jest sympatyczną, zdecydowaną osobą, która ma wszystkie najlepsze cechy osoby, która daleko w życiu zajdzie. A że po trupach to już zupełnie inna historia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;Wydaje mi się, że Katarina jest uzależniona od większej ilości rzeczy, niż my wszyscy razem wzięci. Wypala półtorej paczki papierosów dziennie, pije tylko Coca-Colę light, jest w stanie o pierwszej w nocy iść na stację benzynową po pudełko lodów, a pod koniec pobytu tutaj będzie najprawdopodobniej alkoholiczką.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miejmy nadzieję, że ten pobyt dojdzie do skutku i wróci do nas...&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115680960329997781?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115680960329997781/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115680960329997781' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115680960329997781'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115680960329997781'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/09/neighbours-and-friends-katarina.html' title='Neighbours and Friends - Katarina Vitkova a.k.a. &quot;Lady Girl&quot;'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115707751201698690</id><published>2006-09-01T04:06:00.000+02:00</published><updated>2006-09-01T05:24:40.326+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Brazilian Spirit'/><title type='text'>3:48 A.M.</title><content type='html'>Zdarzyło się wczoraj.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chyba usłyszałem huk. Nagle obudziłem się w nocy o 3:48.  Zaspana część mojego umysłu wołała głośno spać i podpuszczała moje powieki by z powrotem opadły na oczy. Ta trzeźwa część mózgu krzyczała, że z łóżkiem coś jest zdecydowanie nie w porządku. Co prawda spanie przy głównej ulicy znieczuliło mnie na nocne hałasy, ale coś było nie w porządku. Ciekawość, a może niepokój, a w zasadzie chyba jedno i drugie zwyciężyły. Postanowiłem się otrzeźwić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odwróciłem się na drugi bok. Aga miała oczy szeroko otwarte i patrzyła na mnie... z góry. Wreszcie błędnik mi podpowiedział, że krzywo leżę. Zdezorientowany mózg w rozpaczy rzucił myśl: "trzęsienie ziemi" i podpowiadał bym szybko schował się pod stołem. W końcu na Discovery tak radzili. Szczęściem świadomość w porę się zorientowała, że w pokoju nie ma stołu i powstrzymała ciało przed jakimś głupim wybrykiem jednocześnie strofując mózg: "Głupku, Sao Paulo, trzęsienie ziemi? zastanów się!". To się zastanowiłem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy już zaanalizowałem sytuację to doszedłem do wniosku, że łożko się pod nami zarwało, a przynajmniej jego część. I co? I miałem rację. Zapaliliśmy światło i okazało się, że faktycznie pękła rama od łóżka. W jednym miejscu, przy spawie, w rogu. I wszystko poszło w dół. W domu wziąłbym książki, podłożył pod to drewnianie rusztowanie i położył się spać. Ale jakoś tu nie mamy książek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;15 minut kombinowałem. Ale się udało. Z blatu od taboretu, kawałków sznurka i czegoś, czego nie udało mi się zidentyfikować, a zostało znalezione pod zlewem w kuchni udało mi się zrobić całkiem solidną konstrukcję. McGyver by się nie powstydził.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy się obudziłem rano postanowiłem obejrzeć skalę zniszczeń. Pękła rama. Nocna diagnoza była trafna. Łóżko jest chyba zdobyczne. Przywiezione jako łup z jakiejś wojny. Sądząc po stanie ramy wywieziono je z Berlina w 45'. Spaw zardzewiał i dlatego puścił. W sumie dobrze, że mi się kawałek ramy w oko nie wbił.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rano napisaliśmy do właścicielki, żeby kupiła nam nowe łóżko. Były z nią pewne problemy. Wpierw mówiła, że nie ma sprawy, później wysłała maila, że jednak musimy zapłacić. Potem się zdenerwowałem i napisałem jej, co o tym myślę. Kobieta zadzwoniła do Agnieszki, była strasznie przejęta. Chyba nie jestem dobrym dyplomatą...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale za to negocjatorem świetnym. Jutro będzie nowe łożko. Za friko...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115707751201698690?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115707751201698690/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115707751201698690' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115707751201698690'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115707751201698690'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/08/348-am.html' title='3:48 A.M.'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115689289209021717</id><published>2006-08-30T01:05:00.000+02:00</published><updated>2006-08-30T01:27:48.440+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sao Paulo'/><title type='text'>Google Earth - Brazilian Home</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B19.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B19.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: a tak nas widzi Google Earth, stoję przy wejściu do FGV i macham do Was łapką :P ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115689289209021717?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115689289209021717/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115689289209021717' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115689289209021717'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115689289209021717'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/08/google-earth-brazilian-home.html' title='Google Earth - Brazilian Home'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115689084682849033</id><published>2006-08-30T00:04:00.000+02:00</published><updated>2006-08-30T01:35:23.500+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sao Paulo'/><title type='text'>Traffic II</title><content type='html'>Kilka dodatkowych ciekawostek dotyczących ruchu drogowego w Sao Paulo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ulubionym pojazdem Brazylijczyków jest Fiat. W każdej możliwej odmianie. Ale co ciekawe nie mają maluchów.  Nie istnieje w Brazylii coś takiego jak samochody klasy średniej. Nie znajdziesz tu Toyoty Avensis, Renault Laguny, Peugeota 407, Opla Signum... w zasadzie w ogóle się tu opla nie znajdzie. Po ulicach jeżdzą Chevrolet Vectra, Chevrolet Astra, Chevrolet Corsa. Ciekawe, prawda? A wracając do głównego nurtu, ponad corollami, megankami, czy też 307kami jest miejsce już tylko dla Porsche, Audi TT i różnego innego luksusowego badziewia. Jak już kogoś stać na lepsze auto niż Citroen C3, to na ogół kupuje sobie Land Rovera (choć Aga twierdzi, że Land Rover jest za cienki)...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ulubionym środkiem lokomocji bogatych Brazylijczyków jest helikopter. Pozwala szybko przemieścić się z miejsca na miejsce unikając wszechobecnych korków. Jako, że praktycznie każdy wysoki budynek ma na dachu lądowisko to nad miastem lata mnóstwo takiego żelastwa wyposażonego w koszmarnie głośne silniki. Fruwają tuż nad dachami budynków prosząc się o zestrzelenie. Podobno na kursie dla bułgarskich nindż uczą strącania maszyn wroga dobrze rzuconymi taboretami. W Brazylii wyraźnie widać niszę rynkową i zapotrzebowanie na tego rodzaju usługi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;We wtorki Fabiano wyjeżdża do pracy o 5 rano. Nie żeby był pracoholikiem... Po prostu rejestracja jego samochodu kończy się na "3". W Sao Paulo obowiązuje taki przepis, że samochody, których rejestracja kończy się na trójkę lub czwórkę nie mogą we wtroki jeździć pomiędzy 6 rano a 20. W poniedziałki zakaz obowiązuje te, których rejestracje kończą się na 1 lub 2, środa to dzień zakazany dla 5 i 6 itd. W weekend jeździć mogą wszyscy. Ma to za zadanie ograniczyć korki. Efektów nie widać. Ja to bym zakazał jazdy wszystkim samochodom z rejestracjami. Ale i tak pewnie przez centrum nie dałoby się przedostać. To miasto po prostu tak ma...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejność ważności sygnałów i elementów ruchu drogowego, czyli kto tak naprawdę ma pierwszeństwo:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1. Większa masa&lt;br /&gt;2. Wyciągnięta ręka.&lt;br /&gt;3. Migacz.&lt;br /&gt;4. Sygnalizacja świetlna.&lt;br /&gt;5. Klakson.&lt;br /&gt;6. Ciągła linia.&lt;br /&gt;7. Znaki  pionowe.&lt;br /&gt;....&lt;br /&gt;1320. Piesi.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115689084682849033?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115689084682849033/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115689084682849033' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115689084682849033'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115689084682849033'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/08/traffic-ii.html' title='Traffic II'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115680795210122186</id><published>2006-08-29T00:53:00.000+02:00</published><updated>2006-08-29T01:32:32.113+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='W 20 dni dookoła Brazylii'/><title type='text'>Plaża</title><content type='html'>W niedzielę Fabiano zabrał nas na plażę. Jego siostra ze swoim narzeczonym mają dość ciekawą pracę. Otóż szef Volkswagena na Brazylię ma w takiej nadmorskiej miejscowości dom. Dom znajduje się prawie że nad samym oceanem, jest parterowy i ma chyba 400 metrów kwadratowych powierzchni. Jest gigantyczny. Jako że właściciel pojawia się tam tylko w weekendy albo święta, a ma strasznie dużo kasy, to trzyma tam na miejscu "opiekunów", którzy się zajmują tym domem, a kiedy on sam przyjeżdża to mu gotują, piorą itp. Takimi właśnie "opiekunami" są siostra Fabiana i jej narzeczony. Owocuje to tym, że mieszkają sobie na plaży w ogromnym domu i się nim zajmują, a od czasu do czasu przyjeżdża tam szef, to się zajmują i tymże szefem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wczoraj faceta od Volkswagena nie było, więc siostra Fabiana nas zaprosiła. Pojechaliśmy tam o siódmej rano, a wieczorem wróciliśmy do Sao Paulo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B16.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B16.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: ogród, a za murkiem plaża i ocean ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Cały problem polegał na tym, że nikt nas nie mógł zobaczyć na terenie posesji. Jest to o tyle trudne, że dom praktycznie nie ma ogrodu. Z jednej strony jest oddzielony wysokim murem od ulicy, po bokach są jakieś egzotyczne drzewa, ale od strony tarasu jest piękny zielony trwanik wspólny dla wszystkich budynków na terenie osiedla.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy dojechaliśmy na miejsce siostra Fabiana ulokowała nas w sypialni, która wyglądała jak żywcem wyjęta z filmu o Karaibach. Sufit z ciemnego drewna, wielkie, ciężkie zasłony, rozsuwane drewniane drzwi na zewnątrz, biała szafa wciśnięta w ścianę. No i oczywiście prywatna łazienka. Super...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przebraliśmy się i polecieliśmy szybko na plażę. 5om piasku, ciepły ocean, sprzedawcy orzechów kokosowych, Brazylijki w stringach, opaleni surferzy, dwumetrowe fale... Szkoda, że mi się aparat zepsuł i udało się z wycieczki tylko dwa udane zdjęcia zrobić...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poopalaliśmy się trochę, popluskaliśmy i po 4 godzinach wróciliśmy do domu. Trzeba było sobie lunch zrobić. Okazało się, że siostra Fabiana ma tyle wolnego czasu w pracy, że z rzeczy, które przywieźliśmy, zdążyła całą ucztę zrobić. Zjedliśmy, zagrałem z narzeczonym w "futebol" na PlayStation. Polska przegrała z Portugalią 3:0. Obiecałem srogi rewanż...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B18.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B18.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: a to domowy pitbull ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;Po krótkiej sjeście przyszedł czas na spacer. Z 50 metrów plaży zrobiło się 5. Nie ma to jak prawdziwy przypływ... Aż przykro było do Sao Paulo wracać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najgorsze było jednak to zadanie domowe, które trzeba było zrobić na dziś...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115680795210122186?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115680795210122186/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115680795210122186' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115680795210122186'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115680795210122186'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/08/plaa.html' title='Plaża'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115680556385949107</id><published>2006-08-29T00:38:00.000+02:00</published><updated>2006-08-29T00:52:43.873+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Brazilian Spirit'/><title type='text'>Pogoda</title><content type='html'>Kilka słów na temat pogody. Gdyby nie krótki epizod we Frankfurcie, gdzie na oknie samolotu były strużki wody nie widziałbym deszczu przez 2,5 miesiąca. Jak wyszliśmy z lotniska to już nie padało. Tu nic z nieba nie spadło do początku sierpnia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mamy teraz sezon grypowy. Wszyscy chodzą przeziębieni, a ja to już najbardziej. Najbardziej ciekawi mnie jednak fakt, że ten mój kochany cherlak jest zdrów jak ryba. I oby tak zostało...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W ciągu tych trzech tygodni doświadczyliśmy zakresu temperatur 16-34 stopnie w skali Celsjusza. Nie mniej jednak wilgotność powietrza (chyba) sprawia, że temperatura odczuwalna jest odrobinę niższa. Rano jeśli zdarzy nam się wyjść na zewnątrz jest około 20 stopni, ale potem się szybko wszystko nagrzewa, a wieczorem chłodzi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najlepsi są oczywiście Brazylijczycy... Mieliśmy takich parę dni, że wydawało się, że już już gdzieś tam deszcz słychać. Zimno było... 16 stopni. Wygrzebaliśmy nasze letnie katany z torby, ale w zasadzie spokojnie można się było bez nich obyć. A na ulicach prawie panika - puchowe kurtki, czapki, rękawiczki... Z drugiej strony masa ludzi chodziła też w klapkach i T-shirtach...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mam taką swoją teorię dotyczącą tego sezonu przeziębień. Normalny człowiek w takich temperaturach nie choruje. Ale oni tu mają hopla na punkcie klimatyzacji. Te wysokie budynki wyglądają jak ule. Gdy podejdzie się bliżej to starsze budowle są upstrzone klimatyzatorami z zewnątrz. Generalnie z 30 stopni na dworze, gdziekolwiek by się nie weszło jest 18. Bo w Brazylii klimatyzacja nie służy do chłodzenia rozgrzanego powietrza, tylko pilnowania by się ono nie ociepliło. Po 1,5h zajęć spędzonych w takiej chłodni (no bo przecież tego ustrojstwa nie da się wyłączyć na dłużej niż 5 minut) nic dziwnego, że połowa internationali smarka i charka...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115680556385949107?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115680556385949107/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115680556385949107' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115680556385949107'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115680556385949107'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/08/pogoda.html' title='Pogoda'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115661063630840200</id><published>2006-08-26T18:05:00.000+02:00</published><updated>2006-08-26T18:43:56.586+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sao Paulo'/><title type='text'>Bowling</title><content type='html'>Byliśmy wczoraj poturlać trochę. Fabiano zabrał nas do "najlepszej kręgielni w Sao Paulo". Szkoda, że aparatu nie wziąłem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeśli to było najlepsze miejsce do gry w 26-milionowym mieście to muszę stwierdzić, że kręgielnie w Sao Paulo były budowane prawdopodobnie jeszcze przed wynalezieniem koła. Od tamtego czasu niewiele się zmieniło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na wejściu stoi taki sympatyczny Pan, którego bliskimi krewnymi są niedźwiedzie grizzli. Nakłada on każdemu wchodzącemu opaskę na rękę. Bez niej nie można znajdować się na terenie kręgielni. Nie udało nam się dojść do czego ona jest.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co ciekawe tory nie są położone obok siebie, tylko rozmieszczone są w różnych miejscach budynku. Cztery tu, cztery tam i tak się w sumie 20 klika robi. Zajęliśmy miejsce niedaleko baru.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miejsce to oprócz kręgielni jest jednocześnie dyskoteką. W związku z tym w centralnym punkcie budynku znajduje się parkiet do tańczenia. No i oczywiście w środku hałas jest ciężki do zniesienia. Muzyka obowiązująca - techno, techno, techno. Jazda, jazda, jazda....&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Buty do gry nie są tu obowiązkowe, więc wszyscy grają w tym w czym przyszli. Owocuje to tak pięknymi obrazkami jak wytatuowany mięśniak ślizgający się po parkiecie w japonkach i jego lala - tleniona blondyna DD w 10-centymetrowych obcasach. Oboje wyglądają komicznie, gdy biorą rozpęd, aby kulą rzucić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Same kule też są ciekawe... Ostatni razy kształt kulisty miały, gdy zastrzelono Kennedy'ego. Poobijane, poobdzierane z dziurami na palce wyjątkowo niewymiarowymi. Długo się zastanawiałem jak to jest możliwe, że się w miarę prosto toczą. Doszliśmy do wniosku, że w torach są mikropory, które naprowadzają kule na cel.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I wreszcie główny punkt programu. Same kręgle są... na sznurkach. Do główki przyczepione są linki, które podciągają kręgle do góry po zbiciu. Wygląda to tak śmiesznie, że straciliśmy dobrych kilkanaście minut gry, bo Aga nie potrafiła się powstrzymać od śmiechu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aaa... i zapomniałbym. O 22 na kręgielni gaśnie światło. Zapalone nie mieści się w koncepcji DJa na imprezę. Rzuca się więc w ciemno. Tor jest całkowicie zaciemniony, nie licząc jakichś światełek kolorowych skądś się odbijających, a kręgle podświetlone są neonem ultrafioletowym (czyli widać tylko trzy na środku).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Welcome to Brazil&lt;/span&gt; - Dragan.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115661063630840200?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115661063630840200/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115661063630840200' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115661063630840200'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115661063630840200'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/08/bowling.html' title='Bowling'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115645918962940089</id><published>2006-08-25T00:05:00.000+02:00</published><updated>2006-08-25T00:39:49.640+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Fauna'/><title type='text'>Fauna</title><content type='html'>Amazonia... Ogromna część Brazylii. W zasadzie wiele osób utożsamia ten kraj właśnie z "płucami Ziemi". Miliony gatunków zwierząt z tego ogromna część nieznanych człowiekowi. Różnorodność zapierająca dech w piersiach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jako rezydenci w Brazylii i mieszkańcy Sao Paulo od trzech tygodni poznaliśmy tu na miejscu 3,5 gatunka fauny. A dokładniej karaluchy, mrówki faraonki, kleszcze i psy (a w zasadzie to psie odchody). Żywego psa jeszcze na oczy nie widziałem, więc to wcale nie jest pewne, że one tu istnieją. Ślady mogą być przecież zawsze podrzucane, w końcu jesteśmy tu w samym środku kampanii wyborczej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ciekawe jest to, że prawie w ogóle nie ma tu ptaków. Czasem coś, gdzieś tam przeleci i na ogół jest to helikopter.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Naszą przygodę z miejscowymi zwierzaczkami zaczęliśmy od mrówek. Bodajże trzeciego dnia na parapecie w kuchni zobaczyłem dwie takie małe, zabłąkane. Następnego dnia zlewozmywak był ich pełen. W tzw. międzyczasie Agnieszka zobaczyła karalucha. A przynajmniej tak twierdziła, ale było późno, ciemno, więc nikt jej nie wierzył. Kupiliśmy Raid na wszystko i zaczęliśmy wojnę. Przerzedziliśmy szeregi wroga, więc na dwa dni mrówki wycofały się by uporządkować szeregi, ale wysłały karalucha-skauta, który nie był dobrym zwiadowcą, bo wszyscy go widzieli. Zginął śmiercią bohatera.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od tego czasu wojna trwa na całego. Mrówki się gdzieś okopały, co jakiś czas wysyłają do kuchni małe oddziały systematycznie likwidowane za pomocą Raida. Karaluchy też próbują wyczuć sytuację ale są bardziej cwane i lepiej zorganizowane. Próbowały nawet otworzyć drugi front w łazience, ale odparliśmy ich atak i zaminowaliśmy teren. Od tego czasu wojna nabrała zdecydowanie charaketr pozycyjny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z kolei kleszcze poznaliśmy po powrocie z Sao Roque. Agnieszka złapała jakiegoś, gdzieś. Wbił jej się w nogę zaraz nad kolanem. Jako, że FGV ma swojego lekarza (a nawet trzech) to Aga poszła do niego następnego dnia, by jej to świństwo z nogi wyciągnął. Doktor obejrzał, podrapał się w głowę i stwierdził, że nie trzeba wyciągnąć, jak się naje to sam odpadnie (sic!). Jako, że Aga nalegała to wziął nalał czegoś na wacik i zaczął go smarować tym wacikiem, co by sobie ten kleszcz polazł. Oczywiści nie pomogło, więc dopiero po dłuższej chwili podjął męską decyzję i postanowił chwasta wyrwać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niemniej jednak ciekawe podejście do robali tu mają. Pewnie w każdym budynku są tu karaluchy, bo administratorzy je ukradkiem podkarmiają...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115645918962940089?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115645918962940089/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115645918962940089' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115645918962940089'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115645918962940089'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/08/fauna.html' title='Fauna'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115645712602110915</id><published>2006-08-24T23:51:00.000+02:00</published><updated>2006-08-25T00:05:26.030+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sao Paulo'/><title type='text'>Boring Evenings</title><content type='html'>W nudne wieczory zajmujemy się hazardem. Ponieważ nie mogliśmy dojść do tego w jakie gry umiemy wszyscy grać, postanowiliśmy zająć się najprostszą. Rozsypujemy karty, stawiamy "domek" i wyciągamy karty z dołu. Kto rozwali "domek" dostaje punkt karny. Kto pierwszy uzbiera 5 pkt. stawia kolejkę. Ubaw po pachy :P&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B15.0.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B15.0.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: W ten sposób przegrałem dwie capirinhe ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;Ubaw jest tym większy, że Filipe, jak to Francuz, na ogół przegrywa i na ogół nie potrafi tego przełknąć...&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115645712602110915?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115645712602110915/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115645712602110915' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115645712602110915'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115645712602110915'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/08/boring-evenings.html' title='Boring Evenings'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115620714216524070</id><published>2006-08-22T01:55:00.000+02:00</published><updated>2006-08-22T02:39:02.180+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sao Paulo'/><title type='text'>Power &amp; Water</title><content type='html'>Nie mam zielonego pojęcia w jaki sposób są popodłączane instalacje u nas w mieszkaniu. I chyba wolę nie wiedzieć...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Brazylii nie ma czegoś takiego jak ciepła woda z sieci. Nie ma też czegoś takiego jak piecyki gazowe. Na główce prysznica, która jest przymocowana na stałe do ściany na pewnej wysokości (zupełnie jak w basenowych natryskach), znajduje się elektryczny podgrzewacz. Z niego sterczą jakieś przewody i druty, które pomimo izolacji urągają chyba wszelkim standartom BHP. Co ciekawe jest tylko jeden kurek w ścianie regulujący ilość spływającej wody. Temperaturę reguluje się zwiększając lub zmniejszając strumień. Możesz więc mieć cieplejszą wodę, ale kosztem ciśnienia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do rzeczy. Brałem wczoraj prysznic, gdy nagle coś mi nad głową pyknęło i światło zrobiło się trochę ciemniejsze, a ciepła woda się skończyła. No i nijak nie wiedziałem, co jest grane. Wyszedłem spod prysznica i zakręciłem wodę. W tym momencie światło zgasło. Po bardzo brzydkim przekleństwie podsumowującym nieszczęścia z wodą i światłem, postanowiłem sprawdzić jeszcze raz, czy może coś się nie zmieniło. Odkręciłem wodę pod prysznicem i światło się zapaliło. Pełen najgorszych przeczuć zakręciłem kurek. Nie ma światła. Odkręcam, jasno. Zakręcam, ciemno. Bez mała jak u Haszka...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Żeby w nocy skorzystać z toalety trzeba było uruchomić prysznic...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozwiązanie było prozaiczne. Okazało się, że światła nie było, bo korki wywaliło. Nie można jednocześnie odkręcać wody w kuchni i w łazience, bo następuje przeciążenie. Ale dlaczego prąd był, gdy odkręcało się wodę, na zawsze pozostanie tajemnicą. I nie sądzę, bym chciał kiedykolwiek wiedzieć, dlaczego tak się działo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Widok faceta z administracji, który przyszedł rozwiązać problem, turlającego się ze śmiechu po podłodze, gdy pokazywałem mu, jak się włącza światło przy pomocy prysznica, na zawsze pozostanie w mej pamięci.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115620714216524070?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115620714216524070/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115620714216524070' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115620714216524070'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115620714216524070'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/08/power-water.html' title='Power &amp; Water'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115620412072186858</id><published>2006-08-22T00:39:00.000+02:00</published><updated>2006-08-22T02:40:14.300+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='W 20 dni dookoła Brazylii'/><title type='text'>Sao Roque</title><content type='html'>Byliśmy sobie na wycieczce. W niedzielę rano Fabiano pod nas podjechał i pojechaliśmy do Sao Roque. Jest to małe miasteczko (na oko jakieś 100 tys. mieszkańców) 60km od Sao Paulo. Znane jest głównie z tego, że jest to brazylijski kurort narciarski...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aga zerwała mnie z łóżka o tak barbarzyńskiej porze, że nawet w Polsce było chyba jeszcze ciemno. Wrzuciła mnie do Fabmobilu i pojechaliśmy. Obudziłem się już na miejscu. Miasteczko faktycznie urokliwe było. Niedziela - dzień targowy, pochodziliśmy sobie trochę. Ciekawą rzeczą jest to, że w samym środku miasta jest park, który wygląda prawie jak dżungla. Chodzi się w nim po drewnianych pomostach zawieszonych nad ziemią.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale centralnym punktem programu było Sao Roque ski resort. Trzeba było wyjechać z dolinki, w której znajdowało się miasto i wjechać na pobliskie wzgórze. Brazylijczykom jest wszystko jedno jak wytyczają drogę. Górka-burka a podjazd pod nią taki, że wątpie by Fiat 126p sobie dał radę. Palio Fabiano ledwo rzęziło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B14.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B14.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Narty po brazylijsku. Tak! to po prawej to ski-cross :P ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Gdy wjechaliśy na szczyt i zaparkowaliśmy auto, okazało się, że ski-resort daje wiele możliwości na spędzenie wolnego czasu. Oprócz sztucznej trasy, która ma 1200m (sic!), ale jest cholernie wąska i niestety była zamknięta, oślej łączki, po której jeździli ludzie (śmieszny widok, Brazylijczyk na nartach :P), można tam kogoś zastrzelić (paintball, pole łucznicze, czy jakkolwiek się to nazywa), zepchnąć z drzewa (małpi gaj rozwieszony na wszystkich drzewach w okolicy), zaskakać na śmierć (batuty, nadmuchane zamki) albo spuścić na kocu (??) plastikowym torem w dół zbocza. Miejsce jest bardzo, bardzo urokliwe i sprzedają tam znakomite cukierki :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ponadto okolica znan jest ze swoich win. Fabiano wziął nas na przejażdżkę winną trasą w poszukiwaniu muzeum tegoż szlachetnego trunku. Muzeum nie znaleźliśmy, ale wyprawa zaowocowała miłymi przeżyciami wizualnymi. Droga oplątująca winne wzgórza, niczym w Toskanii. Góra, dół i wciąż wzdłuż murów i płotów ujawniających co jakiś czas fantazyjne bramy do winnych fatorii. Ciekawe, że wszystko wydaje się być takie podobne do Europy, ale to, co rośnie jest tak inne...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powrót do Sao Paulo zaowocował stwierdzeniem, że powietrze jakieś gęste jest...&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115620412072186858?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115620412072186858/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115620412072186858' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115620412072186858'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115620412072186858'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/08/sao-roque.html' title='Sao Roque'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115601710685558332</id><published>2006-08-19T21:39:00.000+02:00</published><updated>2006-08-19T22:37:23.293+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Food'/><title type='text'>Food III, czyli Mexican</title><content type='html'>Przedwczoraj była impreza. Gdzieś, coś u kogoś. Nie czułem się najlepiej, więc zostałem w domu, a Aga poszła jako nasze przedstawicielstwo. Też nie miała najlepszego nastroju, więc gdy wychodziła o 21-ej, to powiedziała, że idzie tylko na 2 godzinki. Pewnie dlatego wróciła już o 3.30 nad ranem...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Była to jej najdroższa impreza w życiu. Poszły z Katriną na biforek do Bułgarki, która studiuje w Londynie. Jewgienia wygląda dokładnie tak, jak się zachowuje. Jest urocza, bogata i lubi się bawić. Wynajmuje pokój w mieszkaniu za 1500R$ miesięcznie (więcej niż my we trójkę wydajemy na całe mieszkanie) i zaprowadziła dziewczyny po biforku do klubu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Brazylii zwyczaj jest taki, że na wstępie do klubu się nic nie płaci. Dostaje się kartę, na którą kupuje się drinki. Przy wyjściu płaci się za to co się wypiło. Na początku ma się na karcie pewien kredyt na picie, za który trzeba zapłacić. Oczywiście jak go przekroczysz to nikt Ci nie powie. Wstęp do miejsca, gdzie były dziewczyny kosztuje 120R$ dla mężczyzn i 40R$ dla kobiet. Za tyle można pić. Te 120R$ to równowartość chyba 5-6 drinków. Nikt Ci nie powie ile co kosztuje, dopóki nie będziesz próbował wyjść...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wczoraj założenie było takie, że idziemy z Fabiano do restauracji, a potem ja idę się bawić, a Aga spać. Założenie, założeniem, a rzeczywistość skrzeczy... Ale na szczęście nie za bardzo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pojechaliśmy do meksykańskiej restauracji. 24R$ i jesz ile chcesz. Przesiedzieliśmy tam chyba z 4 godziny. A i towarzystwo było zacne bo pojechały oba apartamenty z Rua Plinio Barreto, Fabiano i Bennoit, o którym jeszcze kiedyś napiszę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedzenie było tak dla odmiany fantastyczne. Burritos, tacos, nachosy, kurczak, mięso, ser w tylu kombinacjach, że aż głowa boli. A potem brzuch. Po raz pierwszy chyba się przejadłem. Jak już skończyliśy po północy, to można było w zasadzie tylko do domu jechać...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Wanna bet who is going to eat more?&lt;/span&gt; - Fabiano&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Yes, sure. I'm French, I will win.&lt;/span&gt; - Filipe&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style: italic;"&gt;But you know. You throw up - you lose.&lt;/span&gt; - Wojtek&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Oh&lt;/span&gt;. - Filipe&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style: italic;"&gt;You give up&lt;/span&gt;? - Wojtek&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style: italic;"&gt;French people never give up!!&lt;/span&gt; - Filipe&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A dziś post...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115601710685558332?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115601710685558332/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115601710685558332' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115601710685558332'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115601710685558332'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/08/food-iii-czyli-mexican.html' title='Food III, czyli Mexican'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115601631682540943</id><published>2006-08-19T21:13:00.000+02:00</published><updated>2006-08-19T22:34:38.273+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sao Paulo'/><title type='text'>FGV - Fundação Getulio Vargas</title><content type='html'>&lt;span style=";font-family:georgia;font-size:100%;"  &gt;&lt;span lang="EN-US"  style="font-size:100%;"&gt;FGV - Escola de Administração de Empresas de &lt;st1:city st="on"&gt;&lt;st1:place st="on"&gt;São Paulo&lt;/st1:place&gt;&lt;/st1:city&gt; to nasza szkoła. &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Podobno jest to najlepsza uczelnia ekonomiczna w Ameryce Południowej. Podobno...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Żeby zacząć od początku. Getulio Vargas był wedle europejskich standartów psycholem&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style=";font-family:georgia;font-size:100%;"  &gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; i pieniaczem. W roku 1930 po dwutygodniowej wojnie domowej i wojskowym zamachu stanu został "tymczasowym" prezydentem Brazylii. W 1934 został wybrany ponownie po zatwierdzeniu nowej ustawy zasadniczej. Jako, że konstytucja brazylijska przewidywała w ówczesnym czasie tylko jedną czteroletnią kadencję to już w 1937 roku prezydent Vargas ogłosił, że komuniści przygotowują zamach stanu i przy pomocy wojska rozpędził Kongres. Zmienił konstytucję, na taką, która gwarantowała mu dożywotnią władzę dyktatorską (dobrze, że Kaczyńscy nie znają historii świata... gdyby wiedzieli jakie pewne rzeczy mogą być proste).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Władzą nie cieszył się jednak długo. W 1945 roku po dłuższej partii politycznych szachów to samo wojsko zdjęło Vargasa z urzędu. Demokratyczne wybory wygrał kto inny. Po pięciu latach, w następnych wyborach wygrał uczciwie Vargas i w roku 1950 ponownie objął ster rządów w państwie. Po 4 latach nieudolnych rządów i próbie zamachu na głównego lidera opozycji, w&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style=";font-family:georgia;font-size:100%;"  &gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; którym udział wzięli najbliżsi współpracownicy prezydenta, Vargas dostał od wojska ultimatum - albo poda się do dymisji, albo zostanie zdjęty z urzędu. Vargas wybrał trzecią opcję i popełnił samobójstwo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B13.0.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B13.0.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Witamy w świątyni snobizmu ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:georgia;font-size:100%;"  &gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Uczelnia nosi jego zaszczytne miano. Jest to uczelnia prywatna, na którą wpisowe jest jak na miejscowe warunki zaporowe. W związku z tym uczą się tu albo najlepsi, albo najbogatsi. Patrząc na jednych i na drugich nie można wróżyć Brazylii świetlanej przyszłości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Brazylijczycy na każde zajęcia przychodzą pod krawatem i w garniturku. Jest to o tyle ciekawe, że w czasie przerw na korytarzach nie znajdziesz osoby tak ubranej. Generalnie nie znajdzie się osoby ubranej dobrze. W Brazylii ludzie lubią pokazać swój status społeczno-materialny. W Europie objawia się to ciuchami od Lacoste, Ralpha Laurena, czy też Tommy Hilfigera. W Brazylii bogactwo mierzy się stopniem zabudowania butów. Najzamożniejsi noszą tu kapcie, które w Polsce najłatwiej byłoby znaleźć w gabinetach ortopedycznych. U kobiet są to kilkunastocentymetrowe platformy z 93 klamerkami i paskami, mogą być zamszowe, sięgające połowy uda. U dziewczynek z mniejszą ilością pieniędzy buciki mają mniej klamerek i sięgają niżej. Platforma jest zawsze. Męskie obuwie należy z kolei do modeli, które w Europie były popularne na początku lat 90-tych ale tak naprawdę się nikomu nie podobały, tylko innych nie było. Im bogatszy facet, tym buty bardziej obrzydliwe, oczojebne i z większą ilością światełek, poduszek powietrznych i udziwnień.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Uczelnia wygląda jak trochę ładniejszy budynek F. 11 pięter, wąskie korytarze, podwieszone sufity z jarzeniówkami. Oprócz różnicy jednego piętra w FGV jest czyściej i ładniej niż w "efce". No i trudniej się tam dostać. Trzeba minąć uzbrojonych strażników i bramki na osobiste karty magnetyczne. Budynek jest wprasowany we wzgórze. Z jednej strony wchodzi się na parterze, z drugiej wejście jest na wysokości 7-ego piętra. Są trzy windy ku wygodzie studentów, ale generalnie łatwiej jest korzystać ze schodów. Algorytm poruszania się wind został prawdpodobnie stworzony w oparciu o prawa Murphy'ego. Windy są zawsze tam, gdzie są najmniej potrzebne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Semestr jest podzielony na 2 części. W związku z tym sesja jest cztery razy do roku. I w związku z tym może się nam uda skończyć zajęcia pod koniec września. Wystarczy tylko by SGH-a zdecydowało się wreszcie, czy możemy się uczyć tylko przez pół semestru, czy nie. Jako, że nasz los jest w rękach CRPM-u to zanosi się na długie czekanie i negatywną odpowiedź.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wybraliśmy sobie 4 zajęcia:&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;ul&gt;&lt;li&gt;&lt;span style=";font-family:georgia;font-size:100%;"  &gt;Financial Managment in Banks - Aga nalegała i dobrze się stało, że je mamy. Ciekawe, facet mówi po angielsku i ma też angielski humor. A ponadto zadania domowe, które na FGV są podstawą nauki - w domu robimy 10 razy więcej niż w Polsce, są najbardziej kreatywne. No i nie zajmują za dużo czasu.&lt;/span&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;span style=";font-family:georgia;font-size:100%;"  &gt;Global Business Managment - Prowadzący ma na nazwisko Burak, a w zasadzie Buraque, różnicy nie ma specjalnie. Myśli, że umie mówić po angielsku i generalnie przez cały semestr będzie opowiadał o tym, czego się uczyliśmy na pierwszych zajęciach z zarządzania logistycznego. Do domu daje do czytania kilka artykułów i jakże rozwijające zadanie zrecenzowania każdego z nich na 2-3 stronach A4.&lt;/span&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;span style=";font-family:georgia;font-size:100%;"  &gt;Politics and Culture in Brazil - nie dajcie się zwieść miłemu brzmieniu tytułu. Brazylijczyk, który to wykłada - Kurt von Mettenheim jest ewenementem na skalę światową. Słuchając zdań, które wygłasza rozumiem każde poszczególne słowo, ale jak przychodzi mi je sklecić w całość - nie pojmuje niczego z wykładu. I nie jestem sam. Na jego zajęcia chodzi pewien Amerykanin - Barry - wygląda on jak żołnierz piechoty morskiej i prosi co jakiś czas o głos, po czym zaczyna opieprzać resztę studentów, że rozmawiają w czasie wykładu i mu to przeszkadza. Do domu dostajemy 50 stron niepowtarzalnego stylu profesora Mettenheima - do zrecenzowania.&lt;/span&gt;&lt;/li&gt;&lt;li&gt;&lt;span style=";font-family:georgia;font-size:100%;"  &gt;Legal Framework for International Business - pani profesor jest blondynką, jedyną chyba jaką tu widziałem, uśmiech nie schodzi jej z twarzy, ma ciemną karnację i zabójcze nogi. I na pierwszych zajęciach dała nam 5, czy 6 20-stronicowych case'ów do zapoznania się. Potem przez 30 minut gapiliśmy się na zdjęcie złotej rzeźby przedstawiającej... "coś" i debatowaliśmy nad tym, co to może być.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/li&gt;&lt;/ul&gt;Podsumowując spodziewałem się chyba czegoś innego. Zajęcia są stosunkowo proste, ale baaardzo czasochłonne. Na szczęście mamy 4-dniowy weekend. :) No i może już we wrześniu zaczniemy dłuższe podróże...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115601631682540943?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115601631682540943/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115601631682540943' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115601631682540943'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115601631682540943'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/08/fgv-fundao-getulio-vargas.html' title='FGV - Fundação Getulio Vargas'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115576661103954546</id><published>2006-08-16T23:34:00.000+02:00</published><updated>2006-08-17T00:16:51.053+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Neighbours and Friends'/><title type='text'>Neighbours and Friends - Fabiano Piraino Maciel a.k.a. "Steve Buscemi"</title><content type='html'>Fabiano siedmiorga nazwisk jest buddym Agnieszki. W zasadzie jest też buddym Dragana, Filipe i moim. Interesujący jest fakt, że ze studentów zagranicznych chyba wszystkie dziewczyny mają swoich brazylijskich opiekunów. Wśród mężczyzn odsetek cudzoziemców posiadających buddiego nie przekracza 20%. Ja nawet nie wiem, jak sie mój nazywa. A z drugiej strony chciałbym zobaczyć jego minę, gdy się dowiedział, że jego podopieczny jest facetem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Fabiano - Brazylijczyk z krwi i kości, opiekuje się nami nawet wtedy, gdy tego nie chcemy. W życiu nie spotkałem tak miłego i pomocnego człowieka. Wozi nas po Sao Paulo, gdzie tylko chcemy (ba! nawet wymyśla, gdzie chcemy pojechać), możemy wpaść do niego w ciągu dnia praktycznie w dowolnej chwili (jest pracownikiem uczelni) i co ważne, jak Filipe nie może, to Fabiano z radością załatwia wszystkie sprawy wymagające znajomości portugalskiego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style: italic;"&gt;I'll be there in 20 minutes&lt;/span&gt;. - Fabiano.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B12.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B12.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: prawda, że do Ronaldinho podobny? ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;Jak już wspomniałem Fabiano jest typowym Brazylijczykiem. Nie znosi piłki nożnej, ciepła nie lubi bardziej ode mnie i najchętniej by się wyprowadził do Kanady. Jego drugą miłością jest Buenos Aires, do którego wypycha nas rękami i nogami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czasem zastanawiam się, czy nie jest jakimś guru sekty, który próbuje nas zwerbować, by potem przekonać nas do opuszczenia swojej cielesnej powłoki i udania się w niebyt kosmiczny, celem spotkania wyższych form życia. Ale ilekroć mówię o tym głośniej, to dostaję od Agi po głowie...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115576661103954546?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115576661103954546/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115576661103954546' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115576661103954546'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115576661103954546'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/08/neighbours-and-friends-fabiano-piraino.html' title='Neighbours and Friends - Fabiano Piraino Maciel a.k.a. &quot;Steve Buscemi&quot;'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115560809712718159</id><published>2006-08-15T04:09:00.000+02:00</published><updated>2006-08-15T04:14:57.136+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sao Paulo'/><title type='text'>My Favourite Places (part 2)</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B11.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B11.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: okno na podwórze ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115560809712718159?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115560809712718159/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115560809712718159' title='Komentarze (7)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115560809712718159'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115560809712718159'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/08/my-favourite-places-part-2.html' title='My Favourite Places (part 2)'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>7</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115560767420002226</id><published>2006-08-15T03:17:00.000+02:00</published><updated>2006-08-15T04:07:54.216+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sao Paulo'/><title type='text'>Swimming Pool</title><content type='html'>Postanowiłem chodzić na basen. Dziś był drugi raz... W zasadzie powinienem był napisać już po pierwszym pływaniu, ale musiałem się upewnić, że to wszystko wygląda, jak wygląda.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poznałem Brazylijczyka. Nazywa się Vinicius Texiera. Pewnie dlatego wszyscy mówią na niego Texiera. Jest szefem czegoś takiego jak miejscowa sekcja pływacka i wygląda jak "Dawid" Michała Anioła w wersji 3.0. No może twarz się nie do końca zgadza. Generalnie chłopaki w sekcji (zresztą dziewczyny też) są dużeee. No i pływają tak, że ciężko szczęke z ziemi pozbierać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszystkie sporty na FGV są uprawiane na terenie uczelni. Tylko pływaków wyekspediowano tam, gdzie diabeł mówi dobranoc. Basen jest w dzielnicy, przy której Praga Północ wygląda jak chronione osiedle. Niemniej jednak nie ma najgorszej sławy w Sao Paulo. Szczęściem Texiera posiada samochód i chętnie nas podwozi. A chłopaki na basenie mają ubaw widząc takie kaleki jak my...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Basen znajduje się na terenie kompleksu sportowego. Wchodząc od ulicy należy przejść nad dwoma leżącymi pijaczkami, ominąć bezdomną rodzinę, przeskoczyć zniszczone bramki (nie działają) i już się jest na terenie miejscowego raju dla sportowców. Droga opada lekko w dół, po lewej stronie z budynku wyglądającego jak niemiecka fabryka po nalocie RAF-u dobiegają odgłosy obijanej piłki. Drzwi wejściowe do hali ledwo trzymają się na zawiasach, ale mijając je można zobaczyć lśniący, nowiutki parkiet. Po prawej stronie korty tenisowe. To, na czym się gra jest utrzymane w perfekcyjnym stanie, reszta to ruina. Nie wiem jakim cudem dachy nie przeciekają.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na końcu drogi szatnie i prysznice. Podobno sprzątane...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Największe wrażenie robi jednak basen. Żeby go zobaczyć, należy minąć mała knajpkę, skręcić w lewo, wyjść zza węgła (tak wiem, skomplikowana ta droga) i praktycznie wpada się do wody.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Basen jest na otwartym powietrzu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dwie samotne palmy pochylają się nad lustrem wody. Z trzech stron otoczony postindustrialnym murem, sponad których wystrzeliwują w górę dwudziestopiętrowe bloki. Księżyc w pełni odbija się w tafli, a co 4-5 minut nad basenem, naprawdę nisko, przelatuje samolot. Dawno nie byłem w tak brzydkim miejscu, które ma tak niepowtarzalny urok. Jest jakby z innego świata.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chanem tego miejsca jest niejaki "Pesci" a.k.a. "Fish" a.k.a. "Ryba" :P. Jest trenerem pływania, byłym zawodnikiem i z wyglądu najbardziej przypomina mi ojca Matyldy z Leona Zawodowca. Poza tym jest strasznie sympatyczny, gada portugalsko-angielskim i ma skłonności sadystyczne. Dziś 2km. I myślę, że na tym się nie skończy.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115560767420002226?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115560767420002226/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115560767420002226' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115560767420002226'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115560767420002226'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/08/swimming-pool.html' title='Swimming Pool'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115543291832769640</id><published>2006-08-13T03:27:00.000+02:00</published><updated>2006-08-13T05:55:52.480+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Food'/><title type='text'>Food II</title><content type='html'>Fabiano zabrał dziś nas na spacer. Łaziliśmy po jakimś parku, ale to nie jest istotne. Ważne jest co zrobił potem. Zabrał nas na drugi koniec Sao Paulo do takiej knajpy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podjechaliśmy na miejsce i boy zabrał nasz samochód na parking, weszliśmy do środka i mała kelnerka o dużej pupie zabrała nas na pierwsze piętro. Sala była pusta. 70 stolików w wystroju stołówkowym i tylko my. No i chyba ze 20 kelnerów. Stoliki nakryte białą ceratą a na środku pomieszczenia bar. A w barze 8 rodzajów sałatek, 10 rodzajów mięsa, 5 rodzajów frytek, jakieś sosy, makarony, ryże... no po prostu żyć nie umierać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A teraz najważniejsza rzecz. Płacisz 12R$ i jesz ile chcesz. Możesz przesiedzieć w restautracji cały dzień, a i tak dodatkowo musisz uregulować tylko rachunek za napoje. Ale to nie wszystko...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy już weźmiesz sobie talerz to dosłownie co 2-3 minuty pojawia się przy stoliku kelner trzymający na tacy potrawę, której nie ma w barze. Albo kelnerka z ogromną pizzą, z której z radością odkroi kawałek. I to wszystko jest w cenie!!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Efekt: zjadłem 15 kawałków pizzy, z czego 5 to była pizza z bananem lub czekoladą (sic!), talerz zieleniny, sam już nie wiem ile mięsa, a frytek, makaronów, czy też ryżu lepiej nie liczyć. Nie będę mógł spojrzeć na jedzenie przez tydzień.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miejsce było takie fajne, że zadzwoniliśmy po Filipe i Dragana by podjechali taryfą. Filipe chyba odrobinę przesadził, bo nie wygląda zbyt dobrze teraz, ale Dragan twierdzi, że zielony to zdrowy kolor i nie powinniśmy się przejmować.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zastanawialiśmy się, w jaki sposób to miejsce może uzyskiwać jakikolwiek profit z takimi cenami. Doszliśmy do wniosku, że pewnie pasą ludzi do nieprzytomności, a potem wynoszą na zaplecze, gdzie wycinają im nerki i płuca, które sprzedają na czarnym rynku ludzkich organów. Fabiano twierdzi, że to jednak dzięki bardzo wysokim cenom napojów i dodatkowych deserów. Ale my i tak wiemy swoje...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Idę się położyć :P Ola!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115543291832769640?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115543291832769640/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115543291832769640' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115543291832769640'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115543291832769640'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/08/food-ii.html' title='Food II'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115534517940739303</id><published>2006-08-12T02:49:00.000+02:00</published><updated>2006-08-12T03:15:41.546+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sao Paulo'/><title type='text'>Traffic</title><content type='html'>W Brazylii sprzedaje się rokrocznie 2 mln nowych samochodów. Połowę z nich na terenie aglomeracji Sao Paulo. Ruch uliczny jest tu niesamowity. Samochód na samochodzie. Fabiano, buddy Agnieszki, a w zasadzie już nasz codziennie dojeżdża na uczelnię 15km autem. W zależności od dnia zajmuje mu to od 40minut do dwóch, trzech godzin. I jak jedzie godzinę wcale nie jest smutny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ruch trwa tu 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Nie ma takiego momentu, że nie wpadniesz na korek. Zasad nie ma żadnych. Wszystko zależy od szczęścia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B10.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B10.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Av. de Julho, godzina 23:53 ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;Z ciekawostek dotyczących zasad drogowych panujących w Sao Paulo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeśli masz ochotę przeżyć zawał serca, rozważnie wybierz porę. Karetkom na sygnale nikt tu nie ustępuje. Stoją w korku tak jak wszyscy inni. Gdy jechaliśmy na basen we wtorek, staliśmy bezpośrednio za jedną przez 15 minut.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeśli chodzi o kulturę jazdy kierowców z Sao Paulo umieściłbym gdzieś między Poznaniakami, a pijanym Januszem Wójcikiem. To, że mamy zielone światło jako piesi nic nie znaczy. Zresztą to, że mamy czerowe też nie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;90% samochodów w Sao Paulo ma ciemne szyby. Myślicie, że dlatego, że jest tu gorąco? Nie! To może dla szpanu? Nie! Przez ciemne szyby nie widać, kto jest w środku. Więc źli ludzie 2 razy się zastanowią, nim przyłożą w nocy spluwę do okna. Przez ciemną szybę nie widać, czy kierowca nie robi aby tego samego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Taksówkarze w Sao Paulo, gdy chcą zmienić pas w korku nie włączają migacza. Wystawiają łapę przez okno. Dobrze, że jak chcą jechać w lewo to nie proszą pasażera o to samo tylko kładą rękę na dach. Nie bardzo wierzyłem swoim oczom...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podróżowanie po Sao Paulo samochodem jest bardzo, bardzo emocjonujące.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115534517940739303?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115534517940739303/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115534517940739303' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115534517940739303'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115534517940739303'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/08/traffic.html' title='Traffic'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115534373385007524</id><published>2006-08-12T02:14:00.000+02:00</published><updated>2006-08-12T03:14:33.850+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Neighbours and Friends'/><title type='text'>Neighbours and Friends - Dragan Nikolić a.k.a. "Dragan"</title><content type='html'>Dragan Nikolić powinien był się urodzić sto lat temu. Wtedy nie byłoby problemu z określeniem jego przynależności narodowej. Byłby obywatelem monarchii austro-węgierskiej. A tak to ma przewalone bo urodził się w Jugosławii, mieszka i studiuje w Austrii i generalnie uważa się za Serba. I na tym generalnie należałoby stanąć, choć oprócz obywatelstwa serbskiego ma też austriackie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dragan jest naszym flatmate. Mieszka w pokoju obok i jest przykładnym współlokatorem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poznaliśmy go w czasie pierwszej próby zdobycia uczelni. FGV jest strasznie mocno chronione i gdy pan na wejściu już miał zamiar nas wyrzucić, bo nie mogliśmy się dogadać co do naszego celu przyjścia, Dragan dzięki swojej survivalowej znajomości portugalskiego stał się bohaterem dnia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B8.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B8.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: Dragan w pełnej krasie ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;Dragan jest spokojnym 24-letnim studentem Wirtschafts Universitat w Wiedniu, w Sao Paulo oprócz studiowania pracuje w filii austriackiej firmy zajmującej się produkcją stali, czy też jakichś innych zupek. W życiu nie spotkałem faceta, który wykazywałby większą chęć do uzyskania konsensusu niż on. Najważniejszą jego cechą jest jednak niezmącony, filozoficzny wręcz spokój i ogromny dystans do siebie i otoczenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dwa dni temu robiliśmy pranie. Mamy za kuchnią takie małe pomieszczenie gospodarcze. Pralka, którą mamy jest niesamowitym, brazylijskim połączeniem frani, wanny z wodą i sokowirówki. Użytkownik ma do wyboru dwa programy prania: prać, nie prać. Konstruktorzy zapomnieli umieścić w urządzeniu jakąkolwiek grzałkę, więc pierzemy na zimno. Wodę odprowadza się wsadzając wąż do gospodarczego zlewu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dragan uruchomił pralkę i poszedł oglądać telewizję. Zgłębiałem właśnie tajniki mojego nowego telefonu, gdy usłyszałem głos z kuchni. Dragan mnie wołał. Ponieważ byłem już bardzo bliski odkrycia, jak się zmienia język portugalski na angielski odkrzyknąłem by poczekał chwilkę. W odpowiedzi usłyszałem spokojne ok. Nie minęło dużo czasu, gdy poszedłem zobaczyć, po co mnie wołano.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z obawy przed różnego rodzaju niepożądanymi współmieszkańcami budynku zamykamy wszelkie możliwe odpływy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oczom moim ukazał się następujący widok. Dragan stoi oparty o framugę drzwi do pomieszcenia gospodarczego. Na podłodze jest jakiś centymetr wody, a ze zlewu leje się na podłogę wodospad brudnej wody. Ktoś (Dragan) nie wyciągnął zatyczki z odpływu. Dragan z zadumą patrzy na to wszystko i pokazuje na strumień lejący się na podłogę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Is it normal?&lt;/span&gt; - Dragan&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak. Generalnie za każdym razem, gdy robimy pranie zalewamy pomieszczenie gospodarcze...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale po prawdzie - lepszego współlokatora niż Dragan nie mogliśmy sobie wymarzyć...&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115534373385007524?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115534373385007524/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115534373385007524' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115534373385007524'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115534373385007524'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/08/neighbours-and-friends-dragan-nikoli.html' title='Neighbours and Friends - Dragan Nikolić a.k.a. &quot;Dragan&quot;'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115534167899662778</id><published>2006-08-12T01:47:00.000+02:00</published><updated>2006-08-12T03:13:50.156+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Food'/><title type='text'>Food I</title><content type='html'>Jedzenie jest jedną z rzeczy, dla których warto w Brazylii zostać. Jest po prostu F A N T A S T Y C Z N E ! Zresztą co tu dużo mówić. Od przyjazdu nie jedliśmy obiadu w domu. I w zasadzie nie zamierzamy. Gdy wrócimy, założę biznes na wzór miejscowy - restauracja na wagę. Płacisz dokładnie za tyle, ile zjesz. Zresztą, co ja będę pisał, zobaczcie sami... i zazdrośćcie :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B6.0.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B6.0.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Waga - 700g. Cena - 6,50R$. Powyżej 650g nakładasz na talerz ile chcesz i ciągle płacisz 6,50. Knajpka Lanchette znajduje się 50m od wejścia na uczelnię.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B7.0.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B7.0.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;To z restauracji coś tam, coś tam. 200m od uczelni. Drogo, bo 15R$ za kilogram, ale jaki wybór. Porcja na zdjęciu waży 900g. Studenci FGV dostają 10% zniżki i picie gratis.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B9.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B9.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;A to dzisiejszy wynalazek. Spoleto - knajpka w centru handlowym. Płacisz 10-13R$ i kucharz na twoich oczach przygotowuje jeden z 10 rodzajów makaronu z ośmioma z 52 dodatków i jednym z sześciu rodzajów sosu.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115534167899662778?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115534167899662778/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115534167899662778' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115534167899662778'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115534167899662778'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/08/food-i.html' title='Food I'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115521250304512214</id><published>2006-08-10T14:15:00.000+02:00</published><updated>2006-08-10T15:08:39.133+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sao Paulo'/><title type='text'>Apartamento 72</title><content type='html'>Rua Plinio Barreto 159, apartament 72, Bela Vista, Sao Paulo. Dom... Na najbliższych kilka miesięcy. Ale przygód było co nie miara.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zaczęło się od rezydencji Boulevard Joao Luisa, gdzie przebywaliśmy niecałe 24h. Decyzja o opuszczeniu naszego brazylijskiego przyjaciela zapadła szybko i jednomyślnie (w sensie --&gt; Agnieszka nie miała wątpliwości, że nie chce tam mieszkać). Jako że wcześniej prowadziliśmy intensywną korespondecję z innymi właścicielami apartamentów w Sao Paulo wystarczyło odświeżyć sobie listę kontaktów i po 3h wymiany maili byliśmy umówieni na oglądanie apartamentu. Po drodze poznaliśmy Dragana, więc na spotkanie poszliśmy razem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;APARTAMENT&lt;/span&gt; (br.) - jest to określenie używane odnośnie każdego mieszkalnego pomieszczenia pod dachem. Większość APARTAMENTÓW jest urządzona w stylu minimalizmu użytecznego albo a la późny Gomułka - wczesny Gierek. Wynajmowne APARTAMENTY charakteryzują się dodatkowymi atrakcjami w postaci śladów pobytu wszystkich poprzednich lokatorów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O 17.30 przybyliśmy na umówione spotkanie. Okazało się, że oprócz nas na tę samą godzinę umówiona była jeszcze jedna chętna. Dziwny zwyczaj. Właścicielka nie przyszła na spotkanie. Wysłała swojego brata, który o dziwo nie mówił po angielsku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Weszliśmy do góry - apartament 62. 3 pokoje (2 sypialnie i pokój dzienny), kuchnia, łazienka - wszystko w miarę dla ludzi. Problem był tylko taki, że w sypialni nie było podwójnego łóżka, a dwa pojedyncze, w tym jedno rozkładane i chowane pod drugim. Po rozłożeniu generalnie nie było w pokoju na nic miejsca, był to jakiś dziwny patent i zajmował mnóstwo przestrzeni. Gdyby nie to łóżko to z miejsca byśmy apartament wzięli. Okazało się, że w tym samym budynku właścicielka ma drugie, identyczne mieszkanie piętro wyżej i tam jest podwójne łóżko, a mieszka tam samotnie jakaś dziewczyna - Katrina.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozdzwoniły się telefony, próbowaliśmy się z nią skontaktować, ale ani nie było jej w mieszkaniu, ani nikt nie znał jej numeru, a właścicielka pozostawała nieosiągalna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W między czasie pojawił się problem, bo dziewczyna, która razem z nami oglądała mieszkanie - Fanja - też była zdecydowana i to bez cyrku z zamianą łóżek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czekaliśmy i próbowaliśmy się dogadać, gdy pojawił się Filipe. Okazało się, że poprzedniego dnia wprowadził się do Katriny i mieszkają razem. Zaczęliśmy negocjacje, stanęło na tym, że wymienimy się apartamentami. Brat właścicielki był już bardzo zagubiony.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pozostało nam czekać na Katrinę, aby się dowiedzieć czy ona akceptuje wariant przez nas wymyślony i już. Filipe zadzwonił do swojej współlokatorki i dowiedział się, że za 10 minut wszystko będzie jasne. Po godzinie, gdy Katrina dojechała okazało się, że nie ma problemu możemy się spokojnie zamienić.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W trakcie naszej rozmowy zadzwoniła Gloria - właścicielka i oznajmiła, że za chwilę będzie. Koniec końców po 30 minutach dotarła do nas, podpisaliśmy umowy, wymieniliśmy się apartamentami i zamieszkaliśmy przy Rua Plinio Barreto 159 - Katrina i Filipe na dole w 62, my z Draganem na górze w 72.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Następnego dnia przywieźliśmy swoje klamoty i ruszyliśy w piątkę na miasto celem gigantycznych gospodarczych zakupów. Dostaliśmy wszystko, co trzeba było i następne 2 dni sprzątaliśmy nasze mieszkanko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Prysznic trzeba było sparzyć wrzącą wodą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kuchnię szorowaliśmy na kolanach ryżową szczotką.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Filipe stwierdził, że nie ma sensu odkurzać lub prać zasłon, więc wystawił je za okno.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kanapa zmieniła kolor po myciu z szarego na żółto-pomarańczowy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale generalnie mieszkanko jest miłe, przytulne i w miarę duże (jak na standarty miejscowe).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B5.0.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B5.0.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..:: a to moje ulubione miejsce :) ::..&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115521250304512214?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115521250304512214/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115521250304512214' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115521250304512214'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115521250304512214'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/08/apartamento-72.html' title='Apartamento 72'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115516642428414461</id><published>2006-08-10T01:18:00.000+02:00</published><updated>2006-08-10T01:33:44.293+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sao Paulo'/><title type='text'>My Favourite Places (part 1)</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B4.0.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B4.0.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115516642428414461?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115516642428414461/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115516642428414461' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115516642428414461'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115516642428414461'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/08/my-favourite-places-part-1.html' title='My Favourite Places (part 1)'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115516490508008315</id><published>2006-08-10T00:10:00.000+02:00</published><updated>2006-08-10T01:08:25.093+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Neighbours and Friends'/><title type='text'>Neighbours and Friends - Filipe Joaquin a.k.a. "Ross"</title><content type='html'>- &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Katrina, you should be a "si ou aj" of this project. &lt;/span&gt;- Filipe&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Filipe Joaquin mieszka dokładnie jedno piętro po nami. Apartament 62 przy Rua Plinio Barreta 159 w Bela Vista. Chyba jest Francuzem i to w zasadzie powinno wszystko tłumaczyć, ale...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B3.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B3.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;..::  "Ross" jak żywy :] ::..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;Generalnie problem z Filipe (tak się jednak pisze jego imię) nie jest duży. Jego rodzice są Portugalczykami, on sam mieszka i studiuje we Francji. Nigdzie nie jest u siebie. Portugalczycy traktują go jak Francuza, Francuzi jak Portugalczyka. Pewnie dlatego też nie mówi jakoś wspaniale ani portugalskim, ani francuskim (choć tym chyba trochę lepiej). Angielski jako tako mu wychodzi. Bardziej tako...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;- &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Vanity is your favourite sin Filipe... &lt;/span&gt;- Wojtek&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;- &lt;span style="font-style: italic;"&gt;No... My favourite sin is humidity.&lt;/span&gt; - Filipe&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;br /&gt;Niemniej jednak jest strasznie sympatycznym, otwartym i śmiesznym facetem. A to, że sprawia wrażenie, jakby nigdy nie do końca rozumiał, o co chodzi, tylko dodaje mu uroku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Filipe jest naszym nieodłącznym i nieodzownym towarzyszem. Dobrze się prezentuje, jest kulturalny i jako jedyny "fala portugesz". Ponieważ w Brazylii nauka języków obcych kończy się generalnie na poznaniu narzecza sąsiedniej dzielnicy bez Filipe nic byśmy chyba nie załatwili i umarli z głodu bardzo, bardzo szybko. Jak trzeba coś kupić, zamówić w restauracji, wymienić pieniądze, załatwić komórkę, umówić się z uprzejmymi panami od internetu Filipe staje do walki w pierwszym szeregu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejną zaletą Filipe jest jego domniemane, podobno uderzające podobieństwo do Rossa z "Przyjaciół". Dzięki temu jest powszechnie rozpoznawalny. Stanowi istotny element łączący ludzi. Choć sam jest dość nieśmiały wszyscy się do niego garną, bo ma przecież znajomą twarz.&lt;br /&gt;Popularność go chyba jednak przytłacza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style: italic;"&gt;I'm not an elephant man. Don't show me like that to those people.&lt;/span&gt; - Filipe&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115516490508008315?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115516490508008315/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115516490508008315' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115516490508008315'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115516490508008315'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/08/neighbours-and-friends-filipe-joaquin.html' title='Neighbours and Friends - Filipe Joaquin a.k.a. &quot;Ross&quot;'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115478712140911509</id><published>2006-08-05T15:40:00.000+02:00</published><updated>2006-08-05T16:20:21.653+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sao Paulo'/><title type='text'>Arrival</title><content type='html'>Słońce wstaje o 7 rano, zachodzi o 5.30 popołudniu. Zawsze sie zastanawiałem, jak to jest możliwe, kiedy czytałem o tym, że na równiku słońce wstaje i zachodzi praktycznie błyskawicznie. Sao Paulo znajduje się na zwrotniku koziorożca, ale praktycznie nie ma tej fazy przejściowej - zmierzchu i świtu. Tylko szast-prast, jasno, ciemno. Śmieszne...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Drogi w Brayzlii są bardzo swojskie. Zupełnie jak w Polsce. Krajobraz z lotniska do centrum jest strasznie obcy. Niby wszystko jest podobne, ale na każdym kroku czuje się, że to jednak inny świat... Korki są GIGANTYCZNE. W związku z tym kwitnie handel obnośny pomiędzy samochodami. U nas sprzedają tak gazety i myją szyby. Tu można kupić w ten sposób dosłownie wszystko... widzieliśmy faceta, który biustonosze miał w swoim asortymencie...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Myśleliśmy, że centrum będzie bardziej europejskie. Nic z tego. Środek miasta położony jest na wzgórzach. Jedne wieżowce wyrastają ponad inne. Wygląda to niesamowicie. Jak w jakimś filmie science-fiction. Miałem wrażenie, że z jakimś konwojem wjeżdżamy do jakiegoś niesamowitego, wielopoziomowego Gotham City. Brakowało tylko wieżyczek strzelniczych na dachach samochodów :P&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dotarliśmy na miejsce zamieszkania. Ładny, niewysoki, 10-piętrowy budynek z elementami kolonialnymi w wystroju. Przejście przez bramę, w holu jak w amerykańskich wieżowcach z lat 30-tych siedzi przy małym biureczku samotny strażnik, windy z drewnianymi drzwiami. Ma swój styl...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Apartament nr 402. Fabiano zapytał się jakiegoś kolesia wychodzącego z budynku, gdzie, co i jak. Okazało się, że facet wychodził akurat od nas. Dał wskazówki i już...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Otwarliśmy drzwi rezydencji Boulevard (jak to miejscowi nazywają). Oczom naszym ukazał się mały salonik z grającym na maksa telewizorem. Przed telewizorem na materacu spał, jak się potem okazało Joao Luis - nasz gospodarz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mieszkanie było fajne. Długi korytarz z odchodzący od salonu z pokojami po bokach kończył się łazienką. Wszystko byłoby super, gdyby nie to, że mieszkanie wyglądało jak Sabinki po 10 imprezach i takiż zapach się unosił. Obejrzeliśmy wszystko, znaleźliśmy jeszcze jednak śpiocha, jak się potem okazało - Justina, drugiego współlokatora i przystąpiliśmy do budzenia gospodarza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Joao Luis okazał się bardzo sympatyczynym facetem, mówiącym dziwnym angielsko-portuglasko-francuskim narzeczem, ale nie udało mu się do końca wytrzeźwieć po wieczornej imprezie. Pokazał nam nasz pokój i poprosił o jeszcze chwilę drzemki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Brazylijczycy mają niesamowitą mentalność, przynajmniej Ci trochę lepiej usytuowani. Jako że siła robocza jest tu strasznie tania, to praktycznie wszystkie mieszkania mają tu panie od sprzątania. W rezydencji Boulevard pani przychodziła 3 razy w tygodniu. W związku z tym mieszkańcy robią tu w dwa dni taki bajzel, na jaki nam potrzeba miesiąca. Gdy Agnieszka napiła się szklanki wody i chciała ją opłukać, nie udało się jej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Leave it. Cleaning lady will come soon.&lt;/span&gt; - Joao Luis.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Postanowiliśmy poszukać innego mieszkania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poszliśmy na uczelnię. Jest pilnowana lepiej niż Fort Knox. Ładny budynek 10 piętrowy. Można się dostać do niego z dwóch stron, z dwóch różnych ulic. Z jednej ulicy wchodzisz na parter, z drugiej na 7 piętro (na takich wzgórzach jest Sao Paulo umieszczone:P).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przy wejściu spotkaliśmy Dragana - Austriak, WirtschaftsUniversitat in Wien. Poszliśmy razem do ichniejszego International Office.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-&lt;span style="font-style: italic;"&gt; We don't work today. You have old information. But come, we'll see what can we do for you.&lt;/span&gt; - Paula Mello, international officer.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;CRPM może się uczyć. Okazało się, że biuro nie przyjmuje studentów w piątki, ale nie było to jakimś większym problemem. Paula szybko zadzwoniła po szefową, udzieliła nam informacji wszytskich niezbędnych. Po 20 minutach przyszła Sonia i uzupełniła to, co trzeba i powiedziała, że jak będziemy mieli jakieś pytania, to oni co prawda nie przyjmują interesantów w poniedziałki (tylko wtorki, środu i czwartki) ale w końcu są tu dla nas, więc możemy spokojnie przyjść. Niesamowite, nie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O 17.30 umówiliśmy się na oglądanie mieszkania. Poszliśmy z Draganem na obiad. Serce palmy (!?) smakuje jak słodko-kwaśna kukurydza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie byliśmy jedynymi, którzy oglądali to mieszkanie. To był pierwszy problem. A potem się zaczęło. Tego się nie da opisać, co powoli wynikało z rozmowy. Ostateczne rozwiązanie jest takie, że pod numerem 62 w tym budynku mieszka Katrina i Phillipe - Słowaczka i Francuz, a pod numerem 72, bezpośrednio nad nimi my z Draganem. Dla zaciemnienia sytuacji - Katrina i Phillipe do wczoraj mieszkali pod nr 72.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po podpisaniu umowy z właścicielką poszliśmy z powrotem do Joao Luisa. Szybka kąpiel i do łóżka. Była godzina 9.30. Pierwszy raz się obudziłem o 4 nad ranem (tak jakby 9 w Polsce). Ciężko jest jednak z tą zmianą stref czasowych. Niemniej jednak spaliśmy do 10tej. Męczące to było wszystko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za godzinę się przeprowadzamy...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115478712140911509?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115478712140911509/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115478712140911509' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115478712140911509'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115478712140911509'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/08/arrival.html' title='Arrival'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115473631272826645</id><published>2006-08-05T01:46:00.000+02:00</published><updated>2006-08-05T02:05:12.736+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sao Paulo'/><title type='text'>Journey (part2)</title><content type='html'>Zastanwiające było to, że na 480 punktów odpraw na lotnisku we Frankfurcie bajzel był tylko przy standach Varigu. Okazało się jednak, że nie musimy nic załatwiać tylko pewnym krokiem możemy zasuwać do niesławnej bramki B44. Była 6.45, mieliśmy trzy godziny do odlotu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Realyu dostać można 13 różnych arabskich gazet. Zgadnijcie ile polskich...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Starbucks ma obrzydliwą kawę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Paczka 20 tabletek aspiryny kosztuje 5,40€.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na każdym punkcie kontrolnym śmieją się z posiadaczy biletów Varigu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Yes, we are Varig passangers. Second atempt.&lt;/span&gt; - Wojtek&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odprawili nas na szczęście bez problemu. Tylko znowu kazali mi pasek od spodni ściągać. Byliśmy szczęśliwi czekając już na zapokładowanie i patrząc na obiekt westchnień wielu pasażerów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B2.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B2.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;Boeing B777-200 (wg napisu na bilecie, wg mnie to prędzej jakiś antonow)&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Przykre było tylko to, że nie mogliśmy patrzeć na te tłumy zabijające się o pozostałe miejsca, bo nadwyżka pasażerów wynosiła raptem kilka osób.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lot trwał 11h. Obłożenie samolotu było pełne. Dali nam 2 posiłki - ciepły i zimny, różnica polegała na temperaturze tacek. Wylądowaliśmy w Sao Paulo o 5.20 czasu miejscowego. W Polsce była 10.20. Cały czas wydawało się nam, że różnica czasu to tylko -4h, a okazało się, że jest -5. Do teraz próbuję rozgryźć gdzie się zgubiła ta jedna godzina. Teoria, że sprawcą jest zmiana czasu na letni w Polsce upadła, gdy okazało się, że Brazylijczycy robią to samo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po 1,5h odprawie celnej ubrałem swój pomarańczowy kapelutek by buddy Agi mógł nas poznać i wyszliśmy mu na spotkanie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Fabiano wygląda jak Steve Buscemi we "Wściekłych Psach" i jeździ najbardziej brazylijskim autem z możliwych - Fiatem Palio.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115473631272826645?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115473631272826645/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115473631272826645' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115473631272826645'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115473631272826645'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/08/journey-part2.html' title='Journey (part2)'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115470519331375835</id><published>2006-08-04T17:10:00.000+02:00</published><updated>2006-08-04T17:26:33.323+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sao Paulo'/><title type='text'>Break</title><content type='html'>Steinerberg Airport Hotel im Frankfurt am Mein (czy jakoś tak)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak na bankrutującą linię lotniczą wynajmowanie pokojów w pięciogwiazdkowym hotelu (choć Aga twierdzi, że  były tylko dwie - ja tam nie wiem, na wszystkich gadżetach było pięć) dla 100 osób wydaje się być nadmiernym zbytkiem. Zdziwienia dopełnił fakt, że w hotelu przywitali nas z uśmiechem na ustach, otwartymi ramionami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style: italic;"&gt;We have Varig passangers since two weeks&lt;/span&gt;. - Abdul Erm-Jassabal, Mr. Receptionist.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Już o wpół do pierwszej otwarliśmy drzwi naszego pokoju i dłuższą chwilę kombinowaliśmy jak zapalić światło. Przełączniki nie chciały w żaden sposób reagować. Na szczęście Aga wymyśliła, że należy wsadzić kartę-klucz do takie śmiesznego urządzenia nad kontaktem i wszytsko będzie działać. Miała rację. Ale tak to jest jak buraków z eSGieHu wpuścić do ludzi..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chyba nigdy w życiu nie jadłem obiadu o pierwszej w nocy. No ale jeśli Varig płaci...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Uruchomienie netu zajęło mi pół godziny. Facet w recepcji (już nie Abdul, tylko Robert) trzy razy pokazywał mi jak zapłacić za net kartą kredytową. Za 4-tym kazałem mu samemu spróbować. Fajnie jak Cię ktoś przeprasza. Szybko się okazało, że można zapłacić gotówką (swoją drogą - ***** hotel i 4euro za godzinę netu). Rozmowa pół godziny wcześniej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;- Kann ich mit dem Bargeld zahlen? - &lt;/span&gt;wojtek&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;- Nein. - &lt;/span&gt;nie-Abdul, nie-Robert, tylko ten trzeci&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spało mi się super. Pierzyny było więcej niż łóżka. Aga nie wyglądała na zachwyconą. Strasznie ją ta sytuacja z opóźnieniem zdenerwowała. Była taka przygaszona. Ani śniadanie, ani lunch, ba nawet 5 odcinków &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Lostów&lt;/span&gt; z rzędu jej nie poprawiły humoru.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O godzinie 6-tej opuściliśmy hotel. Samolot tak jak poprzedniego dnia miał startować o 22.05.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115470519331375835?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115470519331375835/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115470519331375835' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115470519331375835'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115470519331375835'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/08/break.html' title='Break'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-32062802.post-115470383864936264</id><published>2006-08-04T16:43:00.000+02:00</published><updated>2006-08-04T17:09:04.666+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Sao Paulo'/><title type='text'>Journey (part1)</title><content type='html'>Po 40 godzinach podróży dotarliśmy na lotnisko w Sao Paulo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przelot długi, męczący i pełen wrażeń. A zaczęło się tak niewinnie... Szybka odprawa, lekki nadbagaż niezauważony przez panią na lotnisku, boarding i już planowo o czasie samolot wywiózł nas do Frankfurtu nad Menem. Przemierzyliśmy niezmierzone połacie betonu, szkła i stali by znaleźć się na odprawie do Brazylii. I tu zaczęły się nasze kłopoty...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W życiu nie dane nam było zobaczyć takiego burdelu. Tłumy, które się do auli pchają na egzamin to pryszcz w porównaniu z bramką B44.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Jezu, nas chyba do Kinszasy wywieźli &lt;/span&gt;- wojtek&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/1600/B1.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://photos1.blogger.com/blogger/2728/3497/320/B1.jpg" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Pogłoski o bankructwie Varigu okazały się być prawdziwe. Z dwóch samolotów, które codziennie latały do Sao Paulo ostał się jeden. Na pokład 300 osobowego chciało się dostać mniej więcej 500 osób. Kolejek do dwóch punktów odpraw było 11. Nie bardzo jeszcze wiedzieliśmy o co chodzi, więc kiedy już stanęliśmy przed panią z paszportami i biletami w ręku cieszyliśmy się jak dzieci, bo i dopchać się tam było wielką sztuką. Pani zabrała paszporty, zabrała bilety, wklepała coś do komputera, oddała wszystko i kazała stanąć z boku i kilka minut poczekać. Dołączyliśmy do grona wybrańców. Po godzinie zaczęła się selekcja.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do tej pory na pokład wchodziły osoby, które miały lecieć poprzedniego dnia, potem padło na posiadaczy złotej lub diamentowej karty Star Alliance, osoby po 65 roku życia i panie w ciąży. No i to by było na tyle. Pan wyglądający na jakiegoś managera został wypchnięty przez współpracowników na ladę i zmuszony od oznajmienia, że nie polecimy, bo w samolocie nie ma miejsc. Kazał ustawić się w kolejce po bilet na następny dzień, a potem udać się do hotelu, który został przez linię załatwiony. Szczęściem udało mi się wryć stosunkowo szybko do kolejki i już po 40 minutach stania trzymając w ręku bilety na 3-ego sierpnia ruszyliśmy do hotelu. Po kolejnych kilkunastu minutach błądzenia trafiliśmy na przystanek skąd autobus przewiózł nas z kilkunastoma innymi pasażerami nieszczęsnego lotu RG 8741 do miejsca noclegu (w sumie takich jak my była prawie setka).&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/32062802-115470383864936264?l=funky-pumpkin.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/feeds/115470383864936264/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=32062802&amp;postID=115470383864936264' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115470383864936264'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/32062802/posts/default/115470383864936264'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://funky-pumpkin.blogspot.com/2006/08/journey-part1.html' title='Journey (part1)'/><author><name>Funky Pumpkin</name><uri>http://www.blogger.com/profile/06279253956463321357</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry></feed>
